Wtem, wyraz twarzy tajemniczej wojowniczki nagle się zmienił. Stał się jej bardziej poważny; wyraźnie można było odczytać z niego, iż zrozumiała powagę sytuacji, w jakiej znalazła się wraz z młodym bohaterem, na tyle, by powziąć ostateczne środki. Spojrzała na Camillusa, po czym szybkim ruchem ręki wyjęła coś z kieszeni i rzuciła w jego stronę. A gdy tylko Camillus schylił się po to, z całych sił rzuciła się w stronę napastnika. W trakcie - między zadawaniem, a odpieraniem piekielnie szybkich ciosów przeciwnika - krzyknęła: To są Porta, magiczne kryształy, ściśnij je w ręku, a potem rzuć z całych sił o ziemię! Młodzieniec niewiele myśląc, uczynił to, co mu rozkazano. To Wam się nie uda, wybraniec będzie mój - z wielką pewnością siebie odrzekł złoczyńca próbując wyraźnie zakończyć potyczkę ze złotowłosą. Nagle, ziemia pod stopami Camillusa zaczęła świecić ogromnym blaskiem powoli oślepiając chłopaka (okazało się, iż było to działanie porta). Zdezorientowany Camillus mógł już tylko widzieć jak diabelski złoczyńca zyskuje coraz większą przewagę nad tajemniczą obrończynią, by w końcu zadać jej ostateczny cios. Choć zarówno jego dusza rwała się ku pomocy, jego ciało stawało się sztywne, nieposłuszne.. było to uczucie znikania lub unoszenia się w wodzie, choć bez utraty powietrza. Wtem usłyszał głos dziewczyny: - Żegnaj, nie daj się zabić! Po czym stracił przytomność. Czyżby to był efekt działania magicznych kryształów, a może to diabelski napastnik, w końcu zadał śmiertelny cios?
Koniec
4 września 2010
25 lipca 2010
Mitologizacja
Jednym z większych i poważniejszych - dla niektórych wad, dla niektórych zalet - cech istotowych ustroju d***kratycznego jest mitologizacja. Mitologizacja mające swe ufundowanie w typowo ludzkich uwarunkowaniach do uschematyczniania świata, a raczej zeń jego recepcji. I nie byłoby w tym nic niebezpiecznego - gdyby, uwaga - nie sama władza ludu, który z mitologizacji jeden z fundamentów swego istnienia. Słowem, takie patrzenie na świat staje się łatwą pożywką dla politycznych elit, które - dosyć często - jedynie dzięki niej są w stanie umocnić swą nadrzędną wobec narodu pozycję. Ba, niekiedy (lub czy aby nie w ogóle) dzięki mitom stają się elitami, czego jawnym przykładem może być kariera pana Andrzeja Leppera wyniesionego na piedestały przez żerowanie na micie, iż polskie rolnictwo wymaga dotacji i pomocy państwa (rządu), bo bez niego zginie i umrze w obliczu zagranicznej konkurencji. Choć nic bardziej mylnego, gdyż oczywistym jest (czy aby na pewno użyłem właściwego przymiotnika?), iż konkurencja wymusza lepszą jakość, a polska wieś ( i nie tylko) cierpi głównie dlatego, że była przez ponad 50 lat eksploatowana przez czerwony etatyzm (PRL), że prywatna inicjatywa była - poza paroma wyjątkami - tłamszona i wybijana w zarodku. Już nie wspomnę o represjach ze strony rzekomo wolnego (no, może sam w sobie jest wolny) rządu niepodległościowego.
Inną ciekawą opinią, z którą spotykałem się osobiście parokrotnie, jest to, iż wzrost bezrobocia jest spowodowany głównie przez zalew tzw. taniej siły roboczej z Chin etc. Chińczycy zabierają pracę Polakom i ogóle. Poprzestając na ogólnej krytyce takiego myślenia: co z tego, iż Chińczycy mogą wykonywać wiele zajęć, które wykonują Polacy, za niższą niż oni pensje? Jeśli są dobrzy w tym, czym się zajmują - ok. To wyjdzie tylko na zdrowie samym Polakom, którzy będą mogli kupować te same produkty po niższych cenach. A że sami pracę stracą!? A czemu nie mogą znaleźć pracy w innej branży lub sami założyć przedsiębiorstwo produkcyjne, które zatrudni żółtych emigrantów? Cóż, odpowiedź jest jedna - rząd im to uniemożliwia. Co więcej, rząd ograniczając i krępując inicjatywy przedsiębiorców, podnosząc koszty zatrudnienia i utrzymania pracowników, swoimi licznymi ustawami ... no co? Powoduje bezrobocie. Te i wiele innych obiegowych mitów na trwałe zakorzeniło się w umyśle przeciętnego Polaka.
Lecz przechodząc do głównego motywu, dla którego to piszę. Człowiek, który chciałby zmienić ten kraj (w sensie dosł.) - mam tu głównie na myśli np. libertarian, konserwatystów, monarchistów, komunistów czy innych apologetów "skrajnych" ideologii czy doktryn - musi zmierzyć się z wieloma przeszkodami o różnej naturze. I tym miejscu rodzi się tzw. teoria działania (strategia). O ile strategia różnej maści czerwonego bydła mnie mało interesuje, o tyle bardziej skupię się na libertarian i konserwatystach, do których mi zdecydowanie bliżej. Co do tych pierwszych, pomijając odgórną (przez rząd) drogę zmian, to zgodni są oni zasadniczo, iż należy przekonywać ludzi do swych racji, debatować, głosić swoje poglądy, uprawiać propagandę, edukować ekonomicznie i nie tylko etc. Mankamenty takiej strategii pojawiają się w momencie, gdy odbiorcy rzeczonej propagandy niekoniecznie chcą jej słuchać lub jej nie rozumieją. Co na to libertarianie? Nie znam zdania wszystkich, ale rzecznikiem ciekawej teorii, na temat mówiącej, jest pan Stefan Molyneux (twórca Freedomain Radio). Twierdzi on (i chyba nawet popełnił on o tym książkę), iż zasadniczo wpierw należy przygotować podatny grunt, zanim zacznie się kogokolwiek przekonywać do poparcia (lub chociaż nie utrudniania) realizacji szczegółowych wolnościowych postulatów (tj. legalizacja używek), że należy sprowadzić całą dyskusje do argumenty typu: czy mam prawo chociaż zachować własne zdanie, nawet jeśli byłoby ono odmienne od twojego. W skrajnie trudnych przypadkach, gdy odpowiedź rozmówcy byłaby negatywna, należy po prostu zaprzestać jakiejkolwiek dyskusji (bo jak tu dyskutować, gdy rozmówca wymachuje nam lufą pistoletu przed nosem, parafrazując Molyneuxa). Abstrahując od skuteczności takiego działania, nie można mu odmówić pewnej dozy zdrowego rozsądku.
Co zaś się tradycjonalistów tyczy, to przynajmniej patrząc na nasz polski ogródek, trzeba przyznać, iż znajdziemy ich tylko poza głównym nurtem polityki, czyli z góry możemy odrzucić strategie zmian koryta przez koryto (de facto, z liberalisami jest bardzo podobnie). A to znaczy, że nie tyle będą oni próbować oddziaływać na wynik tych czy tamtych wyborów, co na świadomość społeczeństwa. Z wyraźnym "ale". Ale że dla nich grupą docelową nie będą wszyscy ludzie, czy masy, czy choćby większość społeczeństwa, która jest dla nich niejako skreślona w przedbiegach (vide: np. elitaryzm vs. egalitaryzmowi etc.). Będą oni zatem kierować swe intelektualne odezwy do narodu, wąskiej grupki ludzi, którzy - w mniemaniu - są ludźmi myślącymi (poprawka: myślący długoterminowo, globalnie, całościowo).
Aczkolwiek wbrew tym szczegółowym różnicom w przyjmowanych strategiach, obie grupy muszą stawić czoła ludzkiej tendencji do tworzenia mitów, co - moim zdaniem - jest, jeśli nie najpoważniejszą, to przynajmniej jedną z poważniejszych przeszkód ku przekonaniu bliźniego do swoich racji. Wojownicze nastawienie bowiem może z czasem ulec rozmiękczeniu lub całkowitej dezintegracji, mitologizacja zaś wydaje się być ciągłą i nieustającą przypadłością rodzaju ludzkiego (I to przeto nie tylko w dziedzinie polityki, a i nauki jak najbardziej!). I w tym miejscu konserwatywna krytyka d***kraji dostaje kolejnego plusa.
Inną ciekawą opinią, z którą spotykałem się osobiście parokrotnie, jest to, iż wzrost bezrobocia jest spowodowany głównie przez zalew tzw. taniej siły roboczej z Chin etc. Chińczycy zabierają pracę Polakom i ogóle. Poprzestając na ogólnej krytyce takiego myślenia: co z tego, iż Chińczycy mogą wykonywać wiele zajęć, które wykonują Polacy, za niższą niż oni pensje? Jeśli są dobrzy w tym, czym się zajmują - ok. To wyjdzie tylko na zdrowie samym Polakom, którzy będą mogli kupować te same produkty po niższych cenach. A że sami pracę stracą!? A czemu nie mogą znaleźć pracy w innej branży lub sami założyć przedsiębiorstwo produkcyjne, które zatrudni żółtych emigrantów? Cóż, odpowiedź jest jedna - rząd im to uniemożliwia. Co więcej, rząd ograniczając i krępując inicjatywy przedsiębiorców, podnosząc koszty zatrudnienia i utrzymania pracowników, swoimi licznymi ustawami ... no co? Powoduje bezrobocie. Te i wiele innych obiegowych mitów na trwałe zakorzeniło się w umyśle przeciętnego Polaka.
Lecz przechodząc do głównego motywu, dla którego to piszę. Człowiek, który chciałby zmienić ten kraj (w sensie dosł.) - mam tu głównie na myśli np. libertarian, konserwatystów, monarchistów, komunistów czy innych apologetów "skrajnych" ideologii czy doktryn - musi zmierzyć się z wieloma przeszkodami o różnej naturze. I tym miejscu rodzi się tzw. teoria działania (strategia). O ile strategia różnej maści czerwonego bydła mnie mało interesuje, o tyle bardziej skupię się na libertarian i konserwatystach, do których mi zdecydowanie bliżej. Co do tych pierwszych, pomijając odgórną (przez rząd) drogę zmian, to zgodni są oni zasadniczo, iż należy przekonywać ludzi do swych racji, debatować, głosić swoje poglądy, uprawiać propagandę, edukować ekonomicznie i nie tylko etc. Mankamenty takiej strategii pojawiają się w momencie, gdy odbiorcy rzeczonej propagandy niekoniecznie chcą jej słuchać lub jej nie rozumieją. Co na to libertarianie? Nie znam zdania wszystkich, ale rzecznikiem ciekawej teorii, na temat mówiącej, jest pan Stefan Molyneux (twórca Freedomain Radio). Twierdzi on (i chyba nawet popełnił on o tym książkę), iż zasadniczo wpierw należy przygotować podatny grunt, zanim zacznie się kogokolwiek przekonywać do poparcia (lub chociaż nie utrudniania) realizacji szczegółowych wolnościowych postulatów (tj. legalizacja używek), że należy sprowadzić całą dyskusje do argumenty typu: czy mam prawo chociaż zachować własne zdanie, nawet jeśli byłoby ono odmienne od twojego. W skrajnie trudnych przypadkach, gdy odpowiedź rozmówcy byłaby negatywna, należy po prostu zaprzestać jakiejkolwiek dyskusji (bo jak tu dyskutować, gdy rozmówca wymachuje nam lufą pistoletu przed nosem, parafrazując Molyneuxa). Abstrahując od skuteczności takiego działania, nie można mu odmówić pewnej dozy zdrowego rozsądku.
Co zaś się tradycjonalistów tyczy, to przynajmniej patrząc na nasz polski ogródek, trzeba przyznać, iż znajdziemy ich tylko poza głównym nurtem polityki, czyli z góry możemy odrzucić strategie zmian koryta przez koryto (de facto, z liberalisami jest bardzo podobnie). A to znaczy, że nie tyle będą oni próbować oddziaływać na wynik tych czy tamtych wyborów, co na świadomość społeczeństwa. Z wyraźnym "ale". Ale że dla nich grupą docelową nie będą wszyscy ludzie, czy masy, czy choćby większość społeczeństwa, która jest dla nich niejako skreślona w przedbiegach (vide: np. elitaryzm vs. egalitaryzmowi etc.). Będą oni zatem kierować swe intelektualne odezwy do narodu, wąskiej grupki ludzi, którzy - w mniemaniu - są ludźmi myślącymi (poprawka: myślący długoterminowo, globalnie, całościowo).
Aczkolwiek wbrew tym szczegółowym różnicom w przyjmowanych strategiach, obie grupy muszą stawić czoła ludzkiej tendencji do tworzenia mitów, co - moim zdaniem - jest, jeśli nie najpoważniejszą, to przynajmniej jedną z poważniejszych przeszkód ku przekonaniu bliźniego do swoich racji. Wojownicze nastawienie bowiem może z czasem ulec rozmiękczeniu lub całkowitej dezintegracji, mitologizacja zaś wydaje się być ciągłą i nieustającą przypadłością rodzaju ludzkiego (I to przeto nie tylko w dziedzinie polityki, a i nauki jak najbardziej!). I w tym miejscu konserwatywna krytyka d***kraji dostaje kolejnego plusa.
22 lipca 2010
O feminizmie słów .. trochę.
Dzisiaj nie będzie ani kontynuacji ekscytującego i andrenalinogennego opowiadania, ani żadnego wpisu filozoficzno-politycznego, ani w ogóle nic mojego pióra (może poza tą zachętą).
Za to chciałbym polecić Państwu interesujący artykuł o nowej (starej) ideologii równości:
http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=61
Miłej lektury,
Za to chciałbym polecić Państwu interesujący artykuł o nowej (starej) ideologii równości:
http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=61
Miłej lektury,
19 lipca 2010
Wielka, nienazwana jeszcze przygoda. Prolog 0.4.
W tym miejscu należy się Czytelnikowi wyjaśnienie co do charakterystyki samego bohatera tej opowieści. Camillus, od lat młodzieńczych (obecnie właśnie skończył 18 lat) z uwielbieniem zaczytywał się w japońskich komiksach typu shonen (tzw. mangi dla chłopców), które obfitowały w sceny walk rodem ze znanego filmu Matriks, niebezpieczeństwo grożące światu i tym podobne. Sam nawet kilka lat temu - by nie skłamać powiedzmy, że 6 - zaczął uczęszczać na treningi karate, a siły i tężyzny fizycznej nie można mu było odmówić. Choć chłopak został wychowany w porządnej postpeerelowskiej polsko-katolickiej rodzinie i miał mnóstwo bliskich znajomych, to w wolniejszych chwilach pogrążał się w swoim wykreowanym, "małym świecie" przygód. Teraz, mam nadzieję, lepiej zrozumieć można stan jego psyche. Ot nagle zetknął się ze swoimi własnymi wyobrażeniami i marzeniami (?), które są rzeczywiste. Mimo wielkiego zakłopotania, przerażania i wręcz otumanienia, czuł on jednak swoistą pewność. Wiedział bowiem, czym jest np. - wspomniana przez dziwnego agresora - energia.
Lecz powróćmy do głównego toku opowieści.
Camillus pobiegłszy ile sił miał w nogach, znalazł się w ślepym punkcie. W przerażeniu wbiegł do jakiegoś magazynu, z którego nie było widać innego wyjścia niż to, przez które właśnie się dostał. Niestety, nim w ogóle zdążył przybrać postawę odwrotu, przed nim pojawił się jegomość w starym płaszczu. Światło przenikające stare drewniane ściany oświetlało jego szczupłą i ... sylwetką dodając mu więcej grozy. Co!? A co z nią, została .. zabita - młodzieniec rzekł pół-głosem. Był w szoku tak, że przez chwilę zastygł. Na co diabeł odpowiedział - heh, oczywiście - szyderczo parsknął - już nikt nie przeszkodzi Wielkiemu Panu w złapaniu potomka smoczej rasy. Kolejne słowa nasuwające tylko jeszcze więcej pytań. Lecz wtem, dziwny jegomość ponownie użył swojej nadzwyczajnej szybkości, by w mgnieniu oka przewrócić Kamila jednym ruchem mocno na betonową nawierzchnię. Co wystarczyło w połączeniu z wciąż ... szokiem wystarczyło, by unieruchomić naszego bohatera. Demoniczny agresor pochylił się nad nieruchomym acz wciąż świadomym ciałem wyciągając swoją lewą rękę w nieznanym celu. Gdy przybliżył nieludzko wątłą dłoń przed oczyma 18-latka jego wargi poruszyły się tak jakby wypowiadał jakieś zaklęcie w tajemniczym języku. Nagle, wewnętrzna, skierowana na chłopaka, strona dłoni zaczęła stopniowo migotać i świecić. Nie minęło pół-minuty jak Camillus czuł, że powoli opada z sił. Czyżby nieznany przybysz był tego sprawcą? Czy to możliwe, by właśnie wyssał z niego całą energię życiową? W japońskich mangach zwykłe pozbawienie delikwenta KI kończyło się jego niechybną śmiercią, i czy to samo stanie się z Camillusem?
Lecz nie było czasu rozmyślać nad tym. Camillus czuł, że musi coś zrobić, musi znaleźć w sobie resztki sił, by wstać i walczyć. Jak na złość, jedyne do czego był zdolny w tej chwili, to reumatyczne ruchy. Cały się trząsł, a na dodatek utrata przytomności była coraz bliższa. Czuł to. I nic nie zapowiadało zmiany tego tragicznego położenia. Przed oczami Kamila pojawiła się głęboka ciemność. -Czy ja, umarłem!? Czy śnię? - pomyślał. Hej, zaraz, jeśli jestem zdolny do tego.. - przerwał medytacje, gdyż w końcu uprzytomnił sobie, że wciąż żyje. I nawet już nikt nie pozbawiał go energii. Okazało się, że w ostatniej chwili pojawiła się złotowłosa dziewczyna, która w jakiś sposób wykopała napastnika za ścianę baraku. Niestety, jak się niezwłocznie przekonali, był to atak daremny. A raczej jedynie chwilowo odsuwający zagrożenie, gdyż demoniczny napastnik wyglądał rześko i sprawnie - jak tylko mógł by wyglądać. Co gorsza, anielska obrończyni była w niedobrej kondycji: ciężko sapała, z czoła spływała powoli krew i wygląda tak, jakby całych swoich sił używała tylko po to, by utrzymać się sztywno na nogach.
Lecz powróćmy do głównego toku opowieści.
Camillus pobiegłszy ile sił miał w nogach, znalazł się w ślepym punkcie. W przerażeniu wbiegł do jakiegoś magazynu, z którego nie było widać innego wyjścia niż to, przez które właśnie się dostał. Niestety, nim w ogóle zdążył przybrać postawę odwrotu, przed nim pojawił się jegomość w starym płaszczu. Światło przenikające stare drewniane ściany oświetlało jego szczupłą i ... sylwetką dodając mu więcej grozy. Co!? A co z nią, została .. zabita - młodzieniec rzekł pół-głosem. Był w szoku tak, że przez chwilę zastygł. Na co diabeł odpowiedział - heh, oczywiście - szyderczo parsknął - już nikt nie przeszkodzi Wielkiemu Panu w złapaniu potomka smoczej rasy. Kolejne słowa nasuwające tylko jeszcze więcej pytań. Lecz wtem, dziwny jegomość ponownie użył swojej nadzwyczajnej szybkości, by w mgnieniu oka przewrócić Kamila jednym ruchem mocno na betonową nawierzchnię. Co wystarczyło w połączeniu z wciąż ... szokiem wystarczyło, by unieruchomić naszego bohatera. Demoniczny agresor pochylił się nad nieruchomym acz wciąż świadomym ciałem wyciągając swoją lewą rękę w nieznanym celu. Gdy przybliżył nieludzko wątłą dłoń przed oczyma 18-latka jego wargi poruszyły się tak jakby wypowiadał jakieś zaklęcie w tajemniczym języku. Nagle, wewnętrzna, skierowana na chłopaka, strona dłoni zaczęła stopniowo migotać i świecić. Nie minęło pół-minuty jak Camillus czuł, że powoli opada z sił. Czyżby nieznany przybysz był tego sprawcą? Czy to możliwe, by właśnie wyssał z niego całą energię życiową? W japońskich mangach zwykłe pozbawienie delikwenta KI kończyło się jego niechybną śmiercią, i czy to samo stanie się z Camillusem?
Lecz nie było czasu rozmyślać nad tym. Camillus czuł, że musi coś zrobić, musi znaleźć w sobie resztki sił, by wstać i walczyć. Jak na złość, jedyne do czego był zdolny w tej chwili, to reumatyczne ruchy. Cały się trząsł, a na dodatek utrata przytomności była coraz bliższa. Czuł to. I nic nie zapowiadało zmiany tego tragicznego położenia. Przed oczami Kamila pojawiła się głęboka ciemność. -Czy ja, umarłem!? Czy śnię? - pomyślał. Hej, zaraz, jeśli jestem zdolny do tego.. - przerwał medytacje, gdyż w końcu uprzytomnił sobie, że wciąż żyje. I nawet już nikt nie pozbawiał go energii. Okazało się, że w ostatniej chwili pojawiła się złotowłosa dziewczyna, która w jakiś sposób wykopała napastnika za ścianę baraku. Niestety, jak się niezwłocznie przekonali, był to atak daremny. A raczej jedynie chwilowo odsuwający zagrożenie, gdyż demoniczny napastnik wyglądał rześko i sprawnie - jak tylko mógł by wyglądać. Co gorsza, anielska obrończyni była w niedobrej kondycji: ciężko sapała, z czoła spływała powoli krew i wygląda tak, jakby całych swoich sił używała tylko po to, by utrzymać się sztywno na nogach.
2 maja 2010
Czym jest miłość?
Czym jest miłość?
Garstka refleksji:
W życiu spotykają nas miłe i przyjemne rzeczy na przemian z przykrymi, dobro skażone niejako odrobiną zła; w tym, co na pozór coś wydaje się być dobrym, zawsze kryje się jakieś zło, a w tym, co zdaje się być złe aż do szpiku znajduje się trochę dobra; życiem zatem, rozumiane w ten oto sposób (jako cykl przeżyć, odczuć - fenomenologicznie), można porównać trafnie do róży, która nie dość, iż ma kolce (co może być zilustrowane tak, że "trwanie przy życiu jest bolesne" jak powiadają), to jest na domiar zawinięta.
Są różne stosunki filozofa do napotkanej na swej drodze miłości (bądź to de facto, bądź tylko jako zagadnienia do rozwiązania): pierwsze, niejako Arystotelesowskie, odrzucenie praktykowania tejże na rzecz pełnej i czystej filozoficznej kontemplacji; odrzucenie "małostek" na rzecz "intelektu". I drugie, trochę Pascalowskie, wzięcie jej "na warsztat" i próba jej dogłębnej analizy - co w praktyce kończy się zwykle fiaskiem.
Która z tych dróg jest właściwa filozofowi? Czy miłość w ogóle jest dostępna temu typowi osoby, jaką jest filozof, "prawdofil"? A może właśnie samo umiłowanie p r a w d y stanowi tą jedyną, dostępną mu, formę miłości do płci przeciwnej (o której, może zapomniałem dodać na początku, toczą się me rozważania).
Dobry Bóg raczy wiedzieć,
i nam nie powiedzieć. ;)
Garstka refleksji:
W życiu spotykają nas miłe i przyjemne rzeczy na przemian z przykrymi, dobro skażone niejako odrobiną zła; w tym, co na pozór coś wydaje się być dobrym, zawsze kryje się jakieś zło, a w tym, co zdaje się być złe aż do szpiku znajduje się trochę dobra; życiem zatem, rozumiane w ten oto sposób (jako cykl przeżyć, odczuć - fenomenologicznie), można porównać trafnie do róży, która nie dość, iż ma kolce (co może być zilustrowane tak, że "trwanie przy życiu jest bolesne" jak powiadają), to jest na domiar zawinięta.
Są różne stosunki filozofa do napotkanej na swej drodze miłości (bądź to de facto, bądź tylko jako zagadnienia do rozwiązania): pierwsze, niejako Arystotelesowskie, odrzucenie praktykowania tejże na rzecz pełnej i czystej filozoficznej kontemplacji; odrzucenie "małostek" na rzecz "intelektu". I drugie, trochę Pascalowskie, wzięcie jej "na warsztat" i próba jej dogłębnej analizy - co w praktyce kończy się zwykle fiaskiem.
Która z tych dróg jest właściwa filozofowi? Czy miłość w ogóle jest dostępna temu typowi osoby, jaką jest filozof, "prawdofil"? A może właśnie samo umiłowanie p r a w d y stanowi tą jedyną, dostępną mu, formę miłości do płci przeciwnej (o której, może zapomniałem dodać na początku, toczą się me rozważania).
Dobry Bóg raczy wiedzieć,
i nam nie powiedzieć. ;)
29 kwietnia 2010
Zero to też wybór
Zero to też wybór
Dzisiaj ustosunkuję się do aktualnej sytuacji politycznej poprzez pryzmat artykułu autorstwa pana Tomasza Daleckiego (http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/5679/). Coraz większymi krokami zbliżają się wybory o to, kto zasiądzie na fotelu tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego. Przyspieszony tryb wyścigu szczurów nie wróży nic dobrego dla mniej znanych i lubianych przez lud polityków, o takich postaciach jak pan Janusz Korwin Mikke nie wspominając. Zapowiada się, iż jak zwykle wygra zło - czemu wcale się nie dziwię i nie oczekuję jakiejś nagłej zmiany w tej d***kratycznej farsie. Lecz nie o tym chciałbym napomknąć, gdyż bardziej niż wybór między jedynką czy dwójką, białym czy czarnym interesuje mnie powstrzymanie się od głosowania na jakiegokolwiek kandydata - pominięte ku memu zdziwieniu przez autora tekstu ze strony głównej KZM. Powstrzymanie się od dokonania aktu wyboru, a raczej - i bardziej adekwatnie - zagłosowanie na nikogo, jest wg mnie wielce ważnym instrumentem d***kratycznym. Jednym z niewielu przybliżających ten zidiociały ustrój do systemu wolnorynkowego, w którym to konsumenci nie kupując dóbr lub nie korzystając z usług danego producenta, okazują swe niezadowolenie z jakości tychże dóbr lub usług (i nawet świadomość jednostronności tejże relacji - pensje polityków bowiem są niezależne od jakości ich pracy - zdania swego nie zmienię).
Nie głosując na tzw. mniejsze zło (które w istocie zbyt często okazuje się być w rzeczywistości złem nie lepszym od innych) - nie wspierając kandydata, którego poglądy są niekiedy skrajnie sprzeczne z tym, co głosi nasz pierwotny ulubieniec - pokazujemy, iż zaistniała w danej chwili wyborcza konfiguracja wcale nas nie satysfakcjonuje. Wyrażamy po prostu to, co leży nam na sercu (duszy, wątrobie, w głowie etc.) oraz utwierdzamy się w naszej pierwotnej preferencji. Co więcej, pokazujemy wielki środkowy palec obecnemu systemowi, który przeto chcielibyśmy zmienić. Tak, tak.. może to się zdawać naiwne, lecz zaznaczam - ja nie proponuję jakiegoś masowego bojkotu wyborczej szopki czy czegoś podobnego - a wskazuję na trzecią, zgoła rozsądniejszą możliwość poza złem nie lepszym niż inne, czyli wyborem poprzez nie wybieranie.
Dzisiaj ustosunkuję się do aktualnej sytuacji politycznej poprzez pryzmat artykułu autorstwa pana Tomasza Daleckiego (http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/5679/). Coraz większymi krokami zbliżają się wybory o to, kto zasiądzie na fotelu tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego. Przyspieszony tryb wyścigu szczurów nie wróży nic dobrego dla mniej znanych i lubianych przez lud polityków, o takich postaciach jak pan Janusz Korwin Mikke nie wspominając. Zapowiada się, iż jak zwykle wygra zło - czemu wcale się nie dziwię i nie oczekuję jakiejś nagłej zmiany w tej d***kratycznej farsie. Lecz nie o tym chciałbym napomknąć, gdyż bardziej niż wybór między jedynką czy dwójką, białym czy czarnym interesuje mnie powstrzymanie się od głosowania na jakiegokolwiek kandydata - pominięte ku memu zdziwieniu przez autora tekstu ze strony głównej KZM. Powstrzymanie się od dokonania aktu wyboru, a raczej - i bardziej adekwatnie - zagłosowanie na nikogo, jest wg mnie wielce ważnym instrumentem d***kratycznym. Jednym z niewielu przybliżających ten zidiociały ustrój do systemu wolnorynkowego, w którym to konsumenci nie kupując dóbr lub nie korzystając z usług danego producenta, okazują swe niezadowolenie z jakości tychże dóbr lub usług (i nawet świadomość jednostronności tejże relacji - pensje polityków bowiem są niezależne od jakości ich pracy - zdania swego nie zmienię).
Nie głosując na tzw. mniejsze zło (które w istocie zbyt często okazuje się być w rzeczywistości złem nie lepszym od innych) - nie wspierając kandydata, którego poglądy są niekiedy skrajnie sprzeczne z tym, co głosi nasz pierwotny ulubieniec - pokazujemy, iż zaistniała w danej chwili wyborcza konfiguracja wcale nas nie satysfakcjonuje. Wyrażamy po prostu to, co leży nam na sercu (duszy, wątrobie, w głowie etc.) oraz utwierdzamy się w naszej pierwotnej preferencji. Co więcej, pokazujemy wielki środkowy palec obecnemu systemowi, który przeto chcielibyśmy zmienić. Tak, tak.. może to się zdawać naiwne, lecz zaznaczam - ja nie proponuję jakiegoś masowego bojkotu wyborczej szopki czy czegoś podobnego - a wskazuję na trzecią, zgoła rozsądniejszą możliwość poza złem nie lepszym niż inne, czyli wyborem poprzez nie wybieranie.
10 kwietnia 2010
Dzisiaj o poranku rozbił się samolot, na którego pokładzie znajdowali się min. JE Prezydent Lech Kaczyński z żoną, jego ministerialna świta oraz przedstawiciele licznych instytucji na rzecz ofiar Katyńskich.
Jest to tragedia, jak każda nagła i niespodziewana śmierć. Śmierć nie będąca spowodowaną przez naturalne czynniki, choć nijak nie niweluje to statusu utraty życia przez starość, choroby etc.
Ale przechodząc do rzeczy - media trąbią wszem i wobec, jak wielką i ogromną tragedią jest odejście tak wielkich ludzi, co domaga się wręcz sprowadzenia do pionu, choć jeszcze za mało czasu minęło. Związku z czym chciałbym.. nie, apeluję - mimo wszystko - o zdrowy rozsądek.
Drodzy Państwo, życie jest życiem, czy to Prezydenta, czy Posła, czy rektora uczelni o nie wiem, jak wielkim prestiżu. Wobec Boga i Jego sądu wszyscy jesteśmy ostatecznie równi.
Choć nie zgadzam się z poglądami śp. Lecha Kaczyńskiego i jego administracji, i ostatnią rzeczą, jaką bym powiedział o jego kadencji, to to, iż była korzystna dla Polski - to jako człowiekowi należy mu się szacunek i będę się modlił o przychylniejszy dla niego wyrok.
Tak więc, w intencji WSZYSTKICH ofiar porannego wypadku oraz wszystkich pozostałych, którzy odeszli z tego świata:
Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju wiecznym.
AMEN,
[*]
Jest to tragedia, jak każda nagła i niespodziewana śmierć. Śmierć nie będąca spowodowaną przez naturalne czynniki, choć nijak nie niweluje to statusu utraty życia przez starość, choroby etc.
Ale przechodząc do rzeczy - media trąbią wszem i wobec, jak wielką i ogromną tragedią jest odejście tak wielkich ludzi, co domaga się wręcz sprowadzenia do pionu, choć jeszcze za mało czasu minęło. Związku z czym chciałbym.. nie, apeluję - mimo wszystko - o zdrowy rozsądek.
Drodzy Państwo, życie jest życiem, czy to Prezydenta, czy Posła, czy rektora uczelni o nie wiem, jak wielkim prestiżu. Wobec Boga i Jego sądu wszyscy jesteśmy ostatecznie równi.
Choć nie zgadzam się z poglądami śp. Lecha Kaczyńskiego i jego administracji, i ostatnią rzeczą, jaką bym powiedział o jego kadencji, to to, iż była korzystna dla Polski - to jako człowiekowi należy mu się szacunek i będę się modlił o przychylniejszy dla niego wyrok.
Tak więc, w intencji WSZYSTKICH ofiar porannego wypadku oraz wszystkich pozostałych, którzy odeszli z tego świata:
Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju wiecznym.
AMEN,
[*]
Subskrybuj:
Posty (Atom)