Droga do dojo (domu treningowego) Mistrza była długa, kręta, niekiedy wąska i stroma; prowadziła przez gęsty, o mieszanej nomenklaturze, las; następnie góry i liczne przepaście z licznymi mostkami, których stan był taki, że cudem można było nazwać ich pokonanie w jednym kawałku. Lecz po wielu godzinach wędrówki, nasi dzielni młodzieńcy doszli do celu. Przed nimi rozpościerała się pusta przestrzeń: kamienista, pozbawiona większej roślinności dolina, której środek wieńczyła mała acz przystojna chałupka (trochę w stylu japońskim, trochę europejski, trochę polskim). Na powitanie gościa nie wyszedł nikt. Poczekał chwilę - powiedział Mario podrapawszy się w głowę wchodząc do środka. Camilo zaczekał na gangu, lecz nie poczekał długo, gdyż wtem zainteresowały go dziwne odgłosy dobiegające zza domu. Zdążył tylko wystawić nosa, a już był go stracił od przelatującego z ogromną prędkością kawałka drewna. Okazało się bowiem, iż za chałupą Mistrza trenowała jakaś dziewczyna. Miała czarne jak nocy włosy do pasa, choć zawinięte w koki - wyraźnie po to, by nie przeszkadzały jej w czasie walki; poza tym, nosiła na sobie strój podobny do kimona karateki lub ninjy w rozmiarze akurat eksponującym jej bardzo kobiecą sylwetką. Camilo wpatrywał się w ten urokliwy obrazek. Lecz nieznajoma zauważyła jego obecność. A jej reakcja była a taka, że prawie odruchowo kopnęła w stronę Camilo kawał ostrego badyla. I gdyby w tym samym momencie Camilo nie zareagował na nawoływanie Mario, był mógł nie licho coś stracił. Dziewczyna wróciła do swoich zajęć.
Mistrz Kampeon przywitawszy się z gościem, który zdążył już poznać sytuacje, w jakiej się znalazł, zapytał go: -To nie będzie łatwe. To nie będzie łatwa walka. Zapewne nigdy w swoim życiu jeszcze nie walczyłeś z ten sposób, ani nawet nie słyszałeś o ********* [ichniejsza technika obrony i ataku). Stawka jest ogromna. Nie możemy Ciebie prosić o coś, co jest poza Twoimi możliwościami. Możliwe, bardzo prawdopodobne, iż utracisz przy tym życie, dlatego nie możemy Ciebie prosić, ani przekonywać byś brał w tym udział. Doprawdy, nie jest to Twoja walka; Nastała chwila ciszy, którą nagle przerwało wtargnięcie czwartej osoby. Była to dziewczyna z tamtej chwili. -O, Alicia, już skończyłaś trening? - oparł Mistrz. Po chwili zakłopotania, wszyscy zostali sobie przedstawieni. Nagle Camilo wstał: -Nie przejdę obok tego co się dzieje. Chcę walczyć, pomóżcie mi walczyć - rzekł zdecydowanie. Mistrz uśmiechnął się tajemniczo i odparł: -Doskonale. Od jutra rana zaczynasz trening poza nadzorem Alicii.
Tymczasem, kilkaset metrów nad nimi, pojawiła się pewna znajoma złowroga postać.
Czy Camilo sprosta czekającemu go treningowi? Na czym będzie polegał ów trening? I co oznacza pojawienie się złowrogiej postaci w pobliżu?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA FANTASTYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA FANTASTYKA. Pokaż wszystkie posty
4 grudnia 2010
16 października 2010
WNP - rozdział I - legenda - Saga I
Delikatny świt zastał na polanie, niedaleko jakichś wiosek, nieprzytomnego Camilo. Ten jego błogi sen mógłby zapewne trwać długo, gdyby nie narastający szum oraz niedogodności przyrody, tj. wpełzające pod koszulę owady (mrówki etc.). Choć ciężko i mozolnie - młody chłopak w końcu się przebudził, powoli strzepując siebie nieproszonych gości i próbując dojść do tego "co, jak i gdzie". Co do szumu - byli to rolnicy tradycyjnie rozpoczynający swój dzień pracy parę metrów dalej. Jeden z nich nawet zwrócił uwagę na naszego bohatera, lecz stwierdził, iż ktoś po prostu postanowił sobie uciąć drzemkę po hucznej zabawie.
Lekko wciąż zamroczony Camilo podszedł do rolników i próbował dowiedzieć się, gdzie jest i co się dzieje. (O dziwo on i oni mówili w tym samym języku) Uzyskawszy informacje, iż znajduje się w Regnalii - Tysiącletnim królestwie Morza i Gór.. (oryginalny nazwa jest zbyt długa) - poszedł dalej, w stronę miasta. Niestety, na pytanie o najbliższe lotnisko lub chociaż nazwę kontynentu, na którym się znajduje, usłyszał tylko drwiny i śmiech (popadający przez chwilę w pogardę - cóż, najwyraźniej owi wieśniacy nawet nie słyszeli o samolotach i lotniskach i innych dziwach XX-wiecznej cywilizacji technologicznej, a może raczej "Ziemskiej cywilizacji"?). Tak, idąc drogą - która stopniowo przechodziła w typową drogę miejską; z błota w kamienne posadzki, choć zdecydowanie nieprzystosowane do pojazdów silnikowo-parowych - uprzytamniał sobie, skąd się "tu" wziął. I znów powróciły wtem do niego rozterki moralne (gdyż zaznaczyć trza, iż chłopak nie był jakimś egoisto-hedonistą i miał zawsze wysokie poczucie sprawiedliwości): -Ta nieznana kobieta poświęciła się dla mnie.. poświęciła życie?, O co tu chodzi? Mam dla niej dług, ale jak miałbym się jej odwdzięczyć.. etc.
Tak zamyślony nad swoją sytuacją, nie zbaczał na gapie przechodniów, których mijał, a których przyciągały wielce jego dziwne szaty (spodnie dżinsowe, koszula w kratę szkocką.. i trampki); nie zauważył także, iż ktoś patrzył na niego z dachu okolicznej, wyższej chaty. Nowi przyjaciele, czy kolejni wrogowie?
Tymi bacznymi obserwatorami okazały się być jakieś rzezimieszki, których twarz nie była nawet skażona myślą, a maniery nie dorastały świniom do.. kopyt (?). Zatrzymali dosyć brutalnie Camilo - scena klasyczna, dwóch byczków vs. jeden "frajer"; cel pieniądze, rzeczy osobiste, godność (wszystkie środki dozwolone) - ponieważ chłopak nie miał nic prócz tego ostatniego, zaczęło się "epitetowanie" i żarciki połączone z popychaniem. Camilo próbował stawiać opór, lecz bez większej efektywności, gdyż po chwili z dwóch byczków zrobiło się przynajmniej dziesięciu, a na dodatek każdy z nich było uzbrojony .. w miecze, noże, maczugi. Jednak i to nie powstrzymało Camilo, który wciąż próbował się bronić i nawet udało mu się obezwładnić jednego z łotrów. Niestety, wtedy jeden z nich chwycił w rękę miecz. Już miał zadać brutalny cios, gdy tuż przed jego oczyma pojawił się - jakby znikąd - jakiś mężczyzna, który chwyciwszy łotra za rękę, pięknym stylem mistrza walk wschodnich, powalił go na ziemie. Camilo chciał mu podziękować, jednak wtem, rozwścieczona banda zaczęła natarcie. Aczkolwiek tajemniczy wojownik - o dziwo, niewiele sobie z tego robił, choć był od nich znacznie niższy i raczej z budowy ciała słabszy. Była to dla Camilo lekcja, aby nie oceniać książek tylko po ich okładkach. Ponieważ obrońca przewalał, powalał, obezwładniał i zadawał ciosy tak dokładnie i skutecznie, iż po kilku sekundach cała zgraja leżała na ziemi prawie bez ruchu. (Przypomnę tylko Czytelnikowi, iż on był NIEUZBROJONY, tzn. nie posiadał żadnej innej broni niż swoja własne dłonie - i czasem nogi). Czarnowłosy przybysz, odziany w ciemnozieloną pelerynę do kostek, odwrócił się w stronę chłopaka, popatrzył na niego przez chwilę i uśmiechnąwszy się powiedział: -Hej, wyglądasz nietutejszo; Lekko oszołomiony Camilo odparł z małym opóźnieniem: -A tak.. możliwe.. ale, dzięki .. za pomoc; Na to niski przybysz z długim nosem a'la pinokio i zmrużony, lekko oczami, tak jakby uśmiech był dla niego miną powszednią, odpowiedział: -A, to!? To nic, nie musisz mi dziękować. Ale lepiej chodźmy w bezpieczniejsze miejsce; nie wiem, czy wiesz, ale to niezbyt przyjemna dzielnica. Otrzepujący się z kolan Camilo tylko kiwnął głową na zgodę. Po drodze do najbliższej gospody, do której zmierzali, gdyż karzełkowaty nieznajomy był nie tylko bardzo heroiczny, ale także gościnny, okazało się, iż nowy sprzymierzeniec Camilo nazywa się Mario i jest uczniem Wielkiego i Czcigodnego mistrza Kampeóna, który prowadzi szkołę dla ochotników "pragnących służyć służbie sprawiedliwości".
Już na miejscu, przy skromnym acz sycącym posiłku, Camilo opowiedział Mariowi historię swojego przybycia do jego ojczyzny. Na co Mario przez moment zareagował milczeniem, po czym na jego twarzy pojawił się (niecodzienny uśmiech wyrażający jakby ekscytację połączoną ze zdziwieniem i ulgą). -Więc to Ty, tak - powiedział pół głosem. Po czym dopowiedział, żeby Camilo czym prędzej udał się z nim do jego mistrza. Po uiszczeniu zapłaty, udali się do domu Kampeona. W myślach Camilo pojawiały się różne obrazy; w pełni nie wierzył on w żaden z nich, jednak nieustające pragnienie prawdy i przygód, skłoniło chłopaka do zaufania nowemu znajomemu.. przynajmniej częściowo.
Okazało się, iż dom Kampeona znajduje się parę godzin pieszej wędrówki, wysoko w górach; droga naszych bohaterów obfitowała w typowo piękne, górskie krajobrazy, w trakcie, których podziwiania, dwaj wędrownicy zaczęli się nawet lubić; wymieniali informacje o sobie, uczyli się historii swoich ojczyzn.. i choć można było zauważyć pomiędzy nimi szczerą życzliwości i pewną otwartość, Mario milczał na temat najważniejszy, czyli sens obecności Camilo w Regnalii.
W mniej więcej tym samym czasie; w tych samych górach, które zamieszkiwał mistrz Maria, lecz we znacznie mniej przyjemnym, urokliwym i dostępnym miejscu, znajoma postać podążała w stronę pewnej jaskini. Był to demoniczny napastnik z rodzinnego miasta Camilo. Lecz tym razem jego celem była.. jakaś tablica z różnymi dziwnymi symbolami znajdująca się na samym końcu tunelu jaskini. Zbliżywszy się do niego, uklęknął na jedno kolano i powiedział: -Wybacz panie, zawiodłem Cię w mej misji schwytania "wybranego". Lecz nie zawiodę Cię ponownie!
Owa płaskorzeźba była grobem, w którym spoczywał zapieczętowany demon Vamcambiarmo..!!!
Lekko wciąż zamroczony Camilo podszedł do rolników i próbował dowiedzieć się, gdzie jest i co się dzieje. (O dziwo on i oni mówili w tym samym języku) Uzyskawszy informacje, iż znajduje się w Regnalii - Tysiącletnim królestwie Morza i Gór.. (oryginalny nazwa jest zbyt długa) - poszedł dalej, w stronę miasta. Niestety, na pytanie o najbliższe lotnisko lub chociaż nazwę kontynentu, na którym się znajduje, usłyszał tylko drwiny i śmiech (popadający przez chwilę w pogardę - cóż, najwyraźniej owi wieśniacy nawet nie słyszeli o samolotach i lotniskach i innych dziwach XX-wiecznej cywilizacji technologicznej, a może raczej "Ziemskiej cywilizacji"?). Tak, idąc drogą - która stopniowo przechodziła w typową drogę miejską; z błota w kamienne posadzki, choć zdecydowanie nieprzystosowane do pojazdów silnikowo-parowych - uprzytamniał sobie, skąd się "tu" wziął. I znów powróciły wtem do niego rozterki moralne (gdyż zaznaczyć trza, iż chłopak nie był jakimś egoisto-hedonistą i miał zawsze wysokie poczucie sprawiedliwości): -Ta nieznana kobieta poświęciła się dla mnie.. poświęciła życie?, O co tu chodzi? Mam dla niej dług, ale jak miałbym się jej odwdzięczyć.. etc.
Tak zamyślony nad swoją sytuacją, nie zbaczał na gapie przechodniów, których mijał, a których przyciągały wielce jego dziwne szaty (spodnie dżinsowe, koszula w kratę szkocką.. i trampki); nie zauważył także, iż ktoś patrzył na niego z dachu okolicznej, wyższej chaty. Nowi przyjaciele, czy kolejni wrogowie?
Tymi bacznymi obserwatorami okazały się być jakieś rzezimieszki, których twarz nie była nawet skażona myślą, a maniery nie dorastały świniom do.. kopyt (?). Zatrzymali dosyć brutalnie Camilo - scena klasyczna, dwóch byczków vs. jeden "frajer"; cel pieniądze, rzeczy osobiste, godność (wszystkie środki dozwolone) - ponieważ chłopak nie miał nic prócz tego ostatniego, zaczęło się "epitetowanie" i żarciki połączone z popychaniem. Camilo próbował stawiać opór, lecz bez większej efektywności, gdyż po chwili z dwóch byczków zrobiło się przynajmniej dziesięciu, a na dodatek każdy z nich było uzbrojony .. w miecze, noże, maczugi. Jednak i to nie powstrzymało Camilo, który wciąż próbował się bronić i nawet udało mu się obezwładnić jednego z łotrów. Niestety, wtedy jeden z nich chwycił w rękę miecz. Już miał zadać brutalny cios, gdy tuż przed jego oczyma pojawił się - jakby znikąd - jakiś mężczyzna, który chwyciwszy łotra za rękę, pięknym stylem mistrza walk wschodnich, powalił go na ziemie. Camilo chciał mu podziękować, jednak wtem, rozwścieczona banda zaczęła natarcie. Aczkolwiek tajemniczy wojownik - o dziwo, niewiele sobie z tego robił, choć był od nich znacznie niższy i raczej z budowy ciała słabszy. Była to dla Camilo lekcja, aby nie oceniać książek tylko po ich okładkach. Ponieważ obrońca przewalał, powalał, obezwładniał i zadawał ciosy tak dokładnie i skutecznie, iż po kilku sekundach cała zgraja leżała na ziemi prawie bez ruchu. (Przypomnę tylko Czytelnikowi, iż on był NIEUZBROJONY, tzn. nie posiadał żadnej innej broni niż swoja własne dłonie - i czasem nogi). Czarnowłosy przybysz, odziany w ciemnozieloną pelerynę do kostek, odwrócił się w stronę chłopaka, popatrzył na niego przez chwilę i uśmiechnąwszy się powiedział: -Hej, wyglądasz nietutejszo; Lekko oszołomiony Camilo odparł z małym opóźnieniem: -A tak.. możliwe.. ale, dzięki .. za pomoc; Na to niski przybysz z długim nosem a'la pinokio i zmrużony, lekko oczami, tak jakby uśmiech był dla niego miną powszednią, odpowiedział: -A, to!? To nic, nie musisz mi dziękować. Ale lepiej chodźmy w bezpieczniejsze miejsce; nie wiem, czy wiesz, ale to niezbyt przyjemna dzielnica. Otrzepujący się z kolan Camilo tylko kiwnął głową na zgodę. Po drodze do najbliższej gospody, do której zmierzali, gdyż karzełkowaty nieznajomy był nie tylko bardzo heroiczny, ale także gościnny, okazało się, iż nowy sprzymierzeniec Camilo nazywa się Mario i jest uczniem Wielkiego i Czcigodnego mistrza Kampeóna, który prowadzi szkołę dla ochotników "pragnących służyć służbie sprawiedliwości".
Już na miejscu, przy skromnym acz sycącym posiłku, Camilo opowiedział Mariowi historię swojego przybycia do jego ojczyzny. Na co Mario przez moment zareagował milczeniem, po czym na jego twarzy pojawił się (niecodzienny uśmiech wyrażający jakby ekscytację połączoną ze zdziwieniem i ulgą). -Więc to Ty, tak - powiedział pół głosem. Po czym dopowiedział, żeby Camilo czym prędzej udał się z nim do jego mistrza. Po uiszczeniu zapłaty, udali się do domu Kampeona. W myślach Camilo pojawiały się różne obrazy; w pełni nie wierzył on w żaden z nich, jednak nieustające pragnienie prawdy i przygód, skłoniło chłopaka do zaufania nowemu znajomemu.. przynajmniej częściowo.
Okazało się, iż dom Kampeona znajduje się parę godzin pieszej wędrówki, wysoko w górach; droga naszych bohaterów obfitowała w typowo piękne, górskie krajobrazy, w trakcie, których podziwiania, dwaj wędrownicy zaczęli się nawet lubić; wymieniali informacje o sobie, uczyli się historii swoich ojczyzn.. i choć można było zauważyć pomiędzy nimi szczerą życzliwości i pewną otwartość, Mario milczał na temat najważniejszy, czyli sens obecności Camilo w Regnalii.
W mniej więcej tym samym czasie; w tych samych górach, które zamieszkiwał mistrz Maria, lecz we znacznie mniej przyjemnym, urokliwym i dostępnym miejscu, znajoma postać podążała w stronę pewnej jaskini. Był to demoniczny napastnik z rodzinnego miasta Camilo. Lecz tym razem jego celem była.. jakaś tablica z różnymi dziwnymi symbolami znajdująca się na samym końcu tunelu jaskini. Zbliżywszy się do niego, uklęknął na jedno kolano i powiedział: -Wybacz panie, zawiodłem Cię w mej misji schwytania "wybranego". Lecz nie zawiodę Cię ponownie!
Owa płaskorzeźba była grobem, w którym spoczywał zapieczętowany demon Vamcambiarmo..!!!
19 września 2010
Z bogami i bohaterami Grecji przyjaźnię się od bardzo dawna. Mam wrażenie, że znam ich dość dobrze i że bez rażących omyłek potrafię odtworzyć zawiłe ich dzieje. Ale wiedza, którą rozporządzam, nie jest wiedzą uczonego. Głęboko szanuję cierpliwych pracowników, którzy zbierali i objaśniali mity greckie, lecz szacunku dla nich nie posuwam aż tak daleko, by pójść ich śladem. Z ciekawością przeglądam ich dzieła uczone, ale wystrzegam się brać od nich naukowe wyjaśnienia mitów(...).
Nie, nie jestem uczonym. Jeżeli zachodzę czasem do tych katakumb wiedzy, jakimi są wielkie biblioteki, to jedynie po to, aby z tym większą radością oddychać później świeżym powietrzem swobodnej i niefrasobliwej fantazji. Mitologia wydaje mi się rozkosznym ogrodem, po którym trzeba chodzić stopą cichą i delikatną. Wolę radować się wonią rosnących tam kwiatów, niż za cenę oberwanych płatków poznawać tajemnicę ich budowy. Okazuję w ten sposób opłakaną powierzchowność umysłu, nad którą niewątpliwie boleć będą ludzie poważni (...).
Ktoś w chwili niezadowolenia mógłby nazwać tę książkę złą, rozumiejąc przez to, że jest niegodziwa, przewrotna, nieprzystojna. Postąpiłby jednak nierozumnie. Nie ma złych książek, prócz tych, które są źle napisane. Natomiast bywają złe chwili, w których najlepsza książka wyda się najgorszą i sprowadzić może następstwa wręcz opłakane.
Jan Porandowski, Eros na Olimpie.
Nie, nie jestem uczonym. Jeżeli zachodzę czasem do tych katakumb wiedzy, jakimi są wielkie biblioteki, to jedynie po to, aby z tym większą radością oddychać później świeżym powietrzem swobodnej i niefrasobliwej fantazji. Mitologia wydaje mi się rozkosznym ogrodem, po którym trzeba chodzić stopą cichą i delikatną. Wolę radować się wonią rosnących tam kwiatów, niż za cenę oberwanych płatków poznawać tajemnicę ich budowy. Okazuję w ten sposób opłakaną powierzchowność umysłu, nad którą niewątpliwie boleć będą ludzie poważni (...).
Ktoś w chwili niezadowolenia mógłby nazwać tę książkę złą, rozumiejąc przez to, że jest niegodziwa, przewrotna, nieprzystojna. Postąpiłby jednak nierozumnie. Nie ma złych książek, prócz tych, które są źle napisane. Natomiast bywają złe chwili, w których najlepsza książka wyda się najgorszą i sprowadzić może następstwa wręcz opłakane.
Jan Porandowski, Eros na Olimpie.
4 września 2010
Prolog 0.5.
Wtem, wyraz twarzy tajemniczej wojowniczki nagle się zmienił. Stał się jej bardziej poważny; wyraźnie można było odczytać z niego, iż zrozumiała powagę sytuacji, w jakiej znalazła się wraz z młodym bohaterem, na tyle, by powziąć ostateczne środki. Spojrzała na Camillusa, po czym szybkim ruchem ręki wyjęła coś z kieszeni i rzuciła w jego stronę. A gdy tylko Camillus schylił się po to, z całych sił rzuciła się w stronę napastnika. W trakcie - między zadawaniem, a odpieraniem piekielnie szybkich ciosów przeciwnika - krzyknęła: To są Porta, magiczne kryształy, ściśnij je w ręku, a potem rzuć z całych sił o ziemię! Młodzieniec niewiele myśląc, uczynił to, co mu rozkazano. To Wam się nie uda, wybraniec będzie mój - z wielką pewnością siebie odrzekł złoczyńca próbując wyraźnie zakończyć potyczkę ze złotowłosą. Nagle, ziemia pod stopami Camillusa zaczęła świecić ogromnym blaskiem powoli oślepiając chłopaka (okazało się, iż było to działanie porta). Zdezorientowany Camillus mógł już tylko widzieć jak diabelski złoczyńca zyskuje coraz większą przewagę nad tajemniczą obrończynią, by w końcu zadać jej ostateczny cios. Choć zarówno jego dusza rwała się ku pomocy, jego ciało stawało się sztywne, nieposłuszne.. było to uczucie znikania lub unoszenia się w wodzie, choć bez utraty powietrza. Wtem usłyszał głos dziewczyny: - Żegnaj, nie daj się zabić! Po czym stracił przytomność. Czyżby to był efekt działania magicznych kryształów, a może to diabelski napastnik, w końcu zadał śmiertelny cios?
Koniec
Koniec
19 lipca 2010
Wielka, nienazwana jeszcze przygoda. Prolog 0.4.
W tym miejscu należy się Czytelnikowi wyjaśnienie co do charakterystyki samego bohatera tej opowieści. Camillus, od lat młodzieńczych (obecnie właśnie skończył 18 lat) z uwielbieniem zaczytywał się w japońskich komiksach typu shonen (tzw. mangi dla chłopców), które obfitowały w sceny walk rodem ze znanego filmu Matriks, niebezpieczeństwo grożące światu i tym podobne. Sam nawet kilka lat temu - by nie skłamać powiedzmy, że 6 - zaczął uczęszczać na treningi karate, a siły i tężyzny fizycznej nie można mu było odmówić. Choć chłopak został wychowany w porządnej postpeerelowskiej polsko-katolickiej rodzinie i miał mnóstwo bliskich znajomych, to w wolniejszych chwilach pogrążał się w swoim wykreowanym, "małym świecie" przygód. Teraz, mam nadzieję, lepiej zrozumieć można stan jego psyche. Ot nagle zetknął się ze swoimi własnymi wyobrażeniami i marzeniami (?), które są rzeczywiste. Mimo wielkiego zakłopotania, przerażania i wręcz otumanienia, czuł on jednak swoistą pewność. Wiedział bowiem, czym jest np. - wspomniana przez dziwnego agresora - energia.
Lecz powróćmy do głównego toku opowieści.
Camillus pobiegłszy ile sił miał w nogach, znalazł się w ślepym punkcie. W przerażeniu wbiegł do jakiegoś magazynu, z którego nie było widać innego wyjścia niż to, przez które właśnie się dostał. Niestety, nim w ogóle zdążył przybrać postawę odwrotu, przed nim pojawił się jegomość w starym płaszczu. Światło przenikające stare drewniane ściany oświetlało jego szczupłą i ... sylwetką dodając mu więcej grozy. Co!? A co z nią, została .. zabita - młodzieniec rzekł pół-głosem. Był w szoku tak, że przez chwilę zastygł. Na co diabeł odpowiedział - heh, oczywiście - szyderczo parsknął - już nikt nie przeszkodzi Wielkiemu Panu w złapaniu potomka smoczej rasy. Kolejne słowa nasuwające tylko jeszcze więcej pytań. Lecz wtem, dziwny jegomość ponownie użył swojej nadzwyczajnej szybkości, by w mgnieniu oka przewrócić Kamila jednym ruchem mocno na betonową nawierzchnię. Co wystarczyło w połączeniu z wciąż ... szokiem wystarczyło, by unieruchomić naszego bohatera. Demoniczny agresor pochylił się nad nieruchomym acz wciąż świadomym ciałem wyciągając swoją lewą rękę w nieznanym celu. Gdy przybliżył nieludzko wątłą dłoń przed oczyma 18-latka jego wargi poruszyły się tak jakby wypowiadał jakieś zaklęcie w tajemniczym języku. Nagle, wewnętrzna, skierowana na chłopaka, strona dłoni zaczęła stopniowo migotać i świecić. Nie minęło pół-minuty jak Camillus czuł, że powoli opada z sił. Czyżby nieznany przybysz był tego sprawcą? Czy to możliwe, by właśnie wyssał z niego całą energię życiową? W japońskich mangach zwykłe pozbawienie delikwenta KI kończyło się jego niechybną śmiercią, i czy to samo stanie się z Camillusem?
Lecz nie było czasu rozmyślać nad tym. Camillus czuł, że musi coś zrobić, musi znaleźć w sobie resztki sił, by wstać i walczyć. Jak na złość, jedyne do czego był zdolny w tej chwili, to reumatyczne ruchy. Cały się trząsł, a na dodatek utrata przytomności była coraz bliższa. Czuł to. I nic nie zapowiadało zmiany tego tragicznego położenia. Przed oczami Kamila pojawiła się głęboka ciemność. -Czy ja, umarłem!? Czy śnię? - pomyślał. Hej, zaraz, jeśli jestem zdolny do tego.. - przerwał medytacje, gdyż w końcu uprzytomnił sobie, że wciąż żyje. I nawet już nikt nie pozbawiał go energii. Okazało się, że w ostatniej chwili pojawiła się złotowłosa dziewczyna, która w jakiś sposób wykopała napastnika za ścianę baraku. Niestety, jak się niezwłocznie przekonali, był to atak daremny. A raczej jedynie chwilowo odsuwający zagrożenie, gdyż demoniczny napastnik wyglądał rześko i sprawnie - jak tylko mógł by wyglądać. Co gorsza, anielska obrończyni była w niedobrej kondycji: ciężko sapała, z czoła spływała powoli krew i wygląda tak, jakby całych swoich sił używała tylko po to, by utrzymać się sztywno na nogach.
Lecz powróćmy do głównego toku opowieści.
Camillus pobiegłszy ile sił miał w nogach, znalazł się w ślepym punkcie. W przerażeniu wbiegł do jakiegoś magazynu, z którego nie było widać innego wyjścia niż to, przez które właśnie się dostał. Niestety, nim w ogóle zdążył przybrać postawę odwrotu, przed nim pojawił się jegomość w starym płaszczu. Światło przenikające stare drewniane ściany oświetlało jego szczupłą i ... sylwetką dodając mu więcej grozy. Co!? A co z nią, została .. zabita - młodzieniec rzekł pół-głosem. Był w szoku tak, że przez chwilę zastygł. Na co diabeł odpowiedział - heh, oczywiście - szyderczo parsknął - już nikt nie przeszkodzi Wielkiemu Panu w złapaniu potomka smoczej rasy. Kolejne słowa nasuwające tylko jeszcze więcej pytań. Lecz wtem, dziwny jegomość ponownie użył swojej nadzwyczajnej szybkości, by w mgnieniu oka przewrócić Kamila jednym ruchem mocno na betonową nawierzchnię. Co wystarczyło w połączeniu z wciąż ... szokiem wystarczyło, by unieruchomić naszego bohatera. Demoniczny agresor pochylił się nad nieruchomym acz wciąż świadomym ciałem wyciągając swoją lewą rękę w nieznanym celu. Gdy przybliżył nieludzko wątłą dłoń przed oczyma 18-latka jego wargi poruszyły się tak jakby wypowiadał jakieś zaklęcie w tajemniczym języku. Nagle, wewnętrzna, skierowana na chłopaka, strona dłoni zaczęła stopniowo migotać i świecić. Nie minęło pół-minuty jak Camillus czuł, że powoli opada z sił. Czyżby nieznany przybysz był tego sprawcą? Czy to możliwe, by właśnie wyssał z niego całą energię życiową? W japońskich mangach zwykłe pozbawienie delikwenta KI kończyło się jego niechybną śmiercią, i czy to samo stanie się z Camillusem?
Lecz nie było czasu rozmyślać nad tym. Camillus czuł, że musi coś zrobić, musi znaleźć w sobie resztki sił, by wstać i walczyć. Jak na złość, jedyne do czego był zdolny w tej chwili, to reumatyczne ruchy. Cały się trząsł, a na dodatek utrata przytomności była coraz bliższa. Czuł to. I nic nie zapowiadało zmiany tego tragicznego położenia. Przed oczami Kamila pojawiła się głęboka ciemność. -Czy ja, umarłem!? Czy śnię? - pomyślał. Hej, zaraz, jeśli jestem zdolny do tego.. - przerwał medytacje, gdyż w końcu uprzytomnił sobie, że wciąż żyje. I nawet już nikt nie pozbawiał go energii. Okazało się, że w ostatniej chwili pojawiła się złotowłosa dziewczyna, która w jakiś sposób wykopała napastnika za ścianę baraku. Niestety, jak się niezwłocznie przekonali, był to atak daremny. A raczej jedynie chwilowo odsuwający zagrożenie, gdyż demoniczny napastnik wyglądał rześko i sprawnie - jak tylko mógł by wyglądać. Co gorsza, anielska obrończyni była w niedobrej kondycji: ciężko sapała, z czoła spływała powoli krew i wygląda tak, jakby całych swoich sił używała tylko po to, by utrzymać się sztywno na nogach.
26 grudnia 2009
Wielka, nienazwana jeszcze przygoda. Prolog 0.3.
Te i inne kwestie nie miały dlań znaczenia, gdyż niebezpieczeństwo było realne. Tajemniczy jegomość odrzekł: -A więc w trudniejszy sposób? - Po czym szyderczo zaśmiał się - Dobrze, nawet liczyłem na taki obrót sprawy. Mówiąc te słowa pokręcił głową trzykrotnie aż było słuchać chrzęst jakby zastałych od dłuższego czasu kręgów. Od tego momentu dało się wyczuć w powietrzu napięcie towarzyszące typowym westernowym pojedynkom. Niewiasta przyjęła gardę jak bokserską: stanęła w lekkim rozkroku i podniosła ściśnięte w pięści ręce do góry. W jej spojrzeniu dało się wyczuć ogromną koncentracje i napięcie oraz nawet strach. Z drugiej strony, tajemniczy pozbawiony owłosienia napastnik również zamarł w bezruchu, choć jego szatański (demoniczny!) uśmieszek stopniowo wzrastał, aż pokazał swoje zęby, które ku zdziwieniu Camillusa, okazały się być bliższe jakimś gadom, niźli ludziom. Wtedy właśnie nasz bohater uświadomił sobie, że to, co chwilę ujrzy nie będzie "ludzkie", a raczej "nadludzkie".
Lecz znów, coś nagle wyrwało jego uwagę z wewnętrznego świata myśli. Był to głos dziewczyny, który rzekła do niego: -Jestem Catharsis, nie bój się, ale uważaj na niego. To demon, któy przybrał ludzką postać po to, aby Cię dorwać. Wtem rzeczowy warknął i znikł, by nagle pojawić się tuż przed Catharsis z wymierzoną w kierunku jej głowy pięścią. Catharsis odparowała jednak ten atak kopnięciem godnym niejednego mistrza sztuk walki, po czym sama znikła i pojawiła się na chwilę uderzając bokiem swego ciała, napastnika prosto w pobliską ścianę robią w niej dziurę. Odgłos z wnętrza co więcej sugerował rozbicie przez napastnika kolejnego muru (ceglanego muru!). -Udało się! - odrzekł zmieszany Camillus, któremu z jednej strony podobne "nadludzkie" potyczki były nie obce, gdyż znał je z komiksowych opowiadań, w których się zaczytywał. Z drugiej jednak ręki nigdy w życiu, tym realnym, nie widział czegoś podobnego. Mur ceglany, solidny, pęka od jednego ciosu!? - pomyślał, lecz Catharsis ripostowała: -Bynajmniej, to dopiero początek! Ale uciekaj stąd, natychmiast! - Tym razem podniosła głos o parę tonacji wyżej. I w tym samej sekundzie napastnik wyskoczył z gruzowiska, przebijając blaszany dach magazynu niczym kawałek chusty rozrywając go na pół. Podniósł prawą rękę, która zaczęła powoli migotać i iskrzyć, wyrzucając w stronę Catharsis coś jakby ogniową kulę. Niewiasta zdążyła tylko szybko odepchnąć naszego bohatera na kilka metrów w bok, w stronę wyjścia z magazynowanych zabudowań. Wyraźnie wskazując tym gestem drogę ucieczki Camillusa, który tym razem posłuchał jej rad. Sam był zresztą przerażony. Tak bardzo, że nawet nie odwrócił się, aby zobaczyć, jak miewa się jego ratowniczka. Biegł, ile sił w nogach zdołał zgromadzić, prosto przed siebie, choć słuchał jak ów ognisty pociska rozbijał betonowe podłoże placu.
Lecz znów, coś nagle wyrwało jego uwagę z wewnętrznego świata myśli. Był to głos dziewczyny, który rzekła do niego: -Jestem Catharsis, nie bój się, ale uważaj na niego. To demon, któy przybrał ludzką postać po to, aby Cię dorwać. Wtem rzeczowy warknął i znikł, by nagle pojawić się tuż przed Catharsis z wymierzoną w kierunku jej głowy pięścią. Catharsis odparowała jednak ten atak kopnięciem godnym niejednego mistrza sztuk walki, po czym sama znikła i pojawiła się na chwilę uderzając bokiem swego ciała, napastnika prosto w pobliską ścianę robią w niej dziurę. Odgłos z wnętrza co więcej sugerował rozbicie przez napastnika kolejnego muru (ceglanego muru!). -Udało się! - odrzekł zmieszany Camillus, któremu z jednej strony podobne "nadludzkie" potyczki były nie obce, gdyż znał je z komiksowych opowiadań, w których się zaczytywał. Z drugiej jednak ręki nigdy w życiu, tym realnym, nie widział czegoś podobnego. Mur ceglany, solidny, pęka od jednego ciosu!? - pomyślał, lecz Catharsis ripostowała: -Bynajmniej, to dopiero początek! Ale uciekaj stąd, natychmiast! - Tym razem podniosła głos o parę tonacji wyżej. I w tym samej sekundzie napastnik wyskoczył z gruzowiska, przebijając blaszany dach magazynu niczym kawałek chusty rozrywając go na pół. Podniósł prawą rękę, która zaczęła powoli migotać i iskrzyć, wyrzucając w stronę Catharsis coś jakby ogniową kulę. Niewiasta zdążyła tylko szybko odepchnąć naszego bohatera na kilka metrów w bok, w stronę wyjścia z magazynowanych zabudowań. Wyraźnie wskazując tym gestem drogę ucieczki Camillusa, który tym razem posłuchał jej rad. Sam był zresztą przerażony. Tak bardzo, że nawet nie odwrócił się, aby zobaczyć, jak miewa się jego ratowniczka. Biegł, ile sił w nogach zdołał zgromadzić, prosto przed siebie, choć słuchał jak ów ognisty pociska rozbijał betonowe podłoże placu.
Wielka, nienazwana jeszcze przygoda. Prolog 0.2.
Nieznajoma doprowadziła go przed front drzwi budynku, który znajdował się na przedmieściach miasta, wyglądająca jak typowy, szary, prosty magazyn. Przemykające promienie słońca, coraz śmielej przeciskające się spomiędzy chmur, odbijały się od blaszanych drzwi baraku rzucając nieco więcej światła na nieznajomą. Pierwsze co zwróciło uwagę na Camillusa były jej długie, ale nie za długie, blond włosy oraz płaszcza jesienny, który sprawiał wrażenie, iż niewiasta nie znała trendów mody panujących w tym świecie. Płaszcza co prawda kolorystycznie nie zgryzł się z włosami, lecz jego gabaryty, nieskładny i byle-jaki sposób ułożenia go na ciele, sprawiały właśnie to dziwne wrażenie niezwykłości. W momencie, gdy Camillus miał w końcu przezwyciężyć swoją nieśmiałość odkrywając swoją obecność nieznajomej z nagła usłyszał głos: - No, nareszcie, mam Cię; Głos dobiegał z dachu sąsiedniego budynku. Ponieważ był nie zbyt wysoki, można było ujrzeć, iż ową nową osobą był łysy mężczyzna o dość zimnych i twardych rysach twarzy, również z zarzuconym na siebie płaszczem. Nim Camillus zdążył wypowiedzieć w myślach słowa zaskoczenia, jegomość zeskoczył z gracją na ziemie niczym jakiś ptak, choć wysokość była niemała, a przynajmniej sześciometrowa. Wtem, blond nieznajoma skierowała swój wzrok na nieznajomego dostrzegając również naszego bohatera, który nie starał się zbytnio ukryć swojej obecności stojąc, nie siedząc lub kucając, za jakimiś deskami. Z karmazynowe źrenice poszerzyły się: -Uciekaj stąd - powiedziała do Camillusa, który został olśniony pięknem twarzy dziewczyny. -Uciekaj jak najdalej! - odkrzyknęła tym razem na co nieznajomy mężczyzna uśmiechnął się demonicznie i odrzekł: -To nie ma sensu, nie ma najmniejszego. Gdy już udało mi się wytropić jego energie, teraz mi nigdzie nie ucieknie. Oszczędź swój głos. Camillus został wyrwany z chwilowej kontemplacji estetyczno-seksualnej, nie tyle zaskoczony, co już zakłopotany, zdążył jedynie wypowiedzieć: -O co chodzi? Mówisz o mnie? Jaką energie? Gdy tajemniczy mężczyzna rozpoczął szybki marsz w jego kierunku. Wtedy, ni stąd ni zowąd, złotowłosa pojawiła się tuż przed zakłopotanym Camillusem. Słówko pojawiła można rozumieć dosłownie jako nagłą, szybką (nadludzko) zmianę położenia. Cóż, już od momentu, gdy Camillus zboczył z codziennej trasy dla odnalezienia tej kobiety, liczył się z ujrzeniem czegoś wyjątkowego, choć może nie aż tak. Próbując pozbierać swoje myśli, powoli przygotowywał się do zrozumienia pełni sytuacji, w jakiej się znalazł, czyli z tym, iż jest w sytuacji zagrożenia, zdrowia, majątku, a może nawet życia, gdyż tajemniczy osobnik wspominał coś o energii. Czy mogło chodzić o tzw. w tradycji wschodu energię życiową, KI?
21 lipca 2009
Wielka, nienazwana jeszcze przygoda. Prolog 0.1.
Wstaje nowy dzień, słońce unosi się nad linią horyzontu, a wcześniej ustawiony budzik sygnalizuje, iż do rozpoczęcia pracy pozostało (włącznie z dojazdem) - ni mniej, ni więcej - trzydzieści minut.
Nieubłaganie czas najwyższy, aby zjeść śniadanie, rozgrzać zastałe mięśnie oraz ochlapać ledwo co otwarte oczy zimną wodą prosto z kranu. Znowu. - pomyślał Camillus powoli odkrywając grubą kołdrę. Każdy poranek mijał mu podobnie: pobudka, praca, sen. Żeby tego było mało, praca, której nie znosił, bo polegała na pakowaniu i adresowaniu paczek do odbiorców podczas, gdy młody, nastoletni chłopak, miał znacznie większe ambicje. I co więcej, żądze przygód. W jego duszy, od kiedy tylko pamiętał, tkwiło głęboko tłumione przekonanie o jakimś "wyższym celu", "przeznaczeniu bohatera". Tym bardziej odczucie stawało się nieznośne, im głębiej Camillus wchodził w zastaną rzeczywistość, która oferowała mu namiastkę pragnień.
Lecz pewnego dnia, z pozoru niewiele różniącego się od poprzednich, chłopak ujrzał młodą, na oko dwudziestoparoletnią kobietę z długimi, zakrywającymi całą szyję, jasnymi włosami. Strój, w jaki była ubrana przypominał mu nieco te japońskiego kimona z mang, którymi swego czasu się interesował, choć nie do końca. Można było śmiało powiedzieć, iż owa tajemnicza persona wyglądała najzupełniej przeciętnie i oryginalnie zarazem. Było w niej coś pociągającego. Jakaś skrywana głęboko tajemnica, którą muszę odkryć. Niewiele myśląc, Camillus zaczął śledzić ujrzaną kobietę, czego nigdy dotąd nie czynił. Najciekawsze było to, że śledzona zdawała się jakby świadomie prowadzić gdzieś naszego bohatera..
Ciąg dalszy może nie nastąpić,
Nieubłaganie czas najwyższy, aby zjeść śniadanie, rozgrzać zastałe mięśnie oraz ochlapać ledwo co otwarte oczy zimną wodą prosto z kranu. Znowu. - pomyślał Camillus powoli odkrywając grubą kołdrę. Każdy poranek mijał mu podobnie: pobudka, praca, sen. Żeby tego było mało, praca, której nie znosił, bo polegała na pakowaniu i adresowaniu paczek do odbiorców podczas, gdy młody, nastoletni chłopak, miał znacznie większe ambicje. I co więcej, żądze przygód. W jego duszy, od kiedy tylko pamiętał, tkwiło głęboko tłumione przekonanie o jakimś "wyższym celu", "przeznaczeniu bohatera". Tym bardziej odczucie stawało się nieznośne, im głębiej Camillus wchodził w zastaną rzeczywistość, która oferowała mu namiastkę pragnień.
Lecz pewnego dnia, z pozoru niewiele różniącego się od poprzednich, chłopak ujrzał młodą, na oko dwudziestoparoletnią kobietę z długimi, zakrywającymi całą szyję, jasnymi włosami. Strój, w jaki była ubrana przypominał mu nieco te japońskiego kimona z mang, którymi swego czasu się interesował, choć nie do końca. Można było śmiało powiedzieć, iż owa tajemnicza persona wyglądała najzupełniej przeciętnie i oryginalnie zarazem. Było w niej coś pociągającego. Jakaś skrywana głęboko tajemnica, którą muszę odkryć. Niewiele myśląc, Camillus zaczął śledzić ujrzaną kobietę, czego nigdy dotąd nie czynił. Najciekawsze było to, że śledzona zdawała się jakby świadomie prowadzić gdzieś naszego bohatera..
Ciąg dalszy może nie nastąpić,
Subskrybuj:
Posty (Atom)