7 listopada 2010

Rarytas

Wspomnienia o Jacku Woronieckim

Rozmowa z o. prof. Mieczysławem A. Krąpcem OP

Arkadiusz Robaczewski: Kiedy Ojciec Profesor poznał Ojca Jacka Woronieckiego?

Mieczysław A. Krąpiec: Byliśmy jeszcze uczniami w Tarnopolu w I gimnazjum typu klasycznego, dawnego (gdzie było 8 lat łaciny, 4 lata greki, gdzie była klasyczna kultura Polski; - do gimnazjum tego uczęszczali i W. Pol, i A. Bruckner, i F. Kleeberg, i W. Rubin) - gdyśmy, w grupie, czytali o. Jacka Woronieckiego Około kultu mowy ojczystej. Wiedzieliśmy, że Woroniecki jest dominikaninem, a w Tarnopolu byli od kilku stuleci dominikanie w prześlicznym barokowym, z pagodalnymi wieżami, kościele, malowanym al fresco przez wielkiego barokowego malarza A. Stroińskiego; dziś wszystko to ruiny spowodowane nienawiści do religii i człowieka, i Polski. Wyobrażałem sobie Woronieckiego na wzór słynnych malowideł Stroińskiego przedstawiających w rozwianym habicie św. Jacka lub św. Tomasz; raczej św. Jacka, bo Tomasz był "za gruby" (ponoć cierpiał na wodną puchlinę).
Ojciec Jacek Woronieckie, ostatni potomek gałęzi Jagiellonów, wywodzący się od Korybuta, brata Jagiełły, był szeroko znany jako pisarz, myśliciel, drugi po Radziszewskim rektor i organizator KUL oraz gorący patriota.

AR: Kiedy Ojciec Profesor spotkał Ojca Jacka po raz pierwszy?

MAK: Zetknąłem się osobiście z nim w dniu wybuchu wojny w 1930 r. w Krakowie, przy furcie zakonnej. Ja - nowicjusz dominikański - zabezpieczałem (po przysposobieniu wojskowym i kursie przeciwlotniczo-gazowym) klasztor przy ulicy Stolarskiej 12 i jego piwnice, przeznaczone na schron przez ewentualnym gazem bojowym. Woroniecki miał wówczas lat 60 i nam, młodym, wydawał się czcigodnym starcem, tym bardziej, że w "Konstytucjach Zakonu Dominikanów" było napisane, iż 60-letni starcy winni być traktowani łagodnie w trudach codziennego życia. Później wrażenie dostojnej starości pogłębiło się, gdy zamieszkawszy w krakowskim klasztorze, o. Jacek ciągle chorował i zapuścił mlecznobiałą brodę, co przy gęstych, krótko ostrzyżonych, zupełnie siwych włosach, dawało obraz "patriarchy", oddalonego od wspólnoty zakonnej wskutek ciągłych różnych chorób, nieraz ciężkich jak uremia; Woroniecki miał swój specjalny "status" życiowy. Mimo to dawał klasztorowi rekolekcje - chyba najlepsze, jakie w życiu słyszałem - a nadto był naszym, kleryków, spowiednikiem roztropnym i mądrym.

AR: Jakim Ojciec Jacek Woroniecki był wychowawcą?

MAK: W czasie wojny i tuż po niej Woroniecki był kierownikiem studiów Instytutu Filozoficznego i Teologicznego oo. dominikanów w Krakowie. Jego szczególnym zamiłowaniem były wykłady z zakresu teologii moralnej. Do wykładów tych przygotowywał się niezwykłe starannie, mimo iż był naprawdę niezrównanym mistrzem dydaktyki i wybitnym znawcą swego przedmiotu, co uwidoczniało się w jego licznych publikacjach na ten temat i wreszcie znalazło swój wyraz w poważnej, trzytomowej monografii: Katolicka etyka wychowawcza. przygotowanej podczas mojego rektorowania i wydanej w całości przez Katolicki Uniwersytet Lubelski w roku 1986. (Przedtem cenzura nie pozwoliła na wydanie tomu trzeciego, analizującego zagadnienie sprawiedliwości). Pamiętałem o rozmowach z Karolem Wojtyłą, który ciągle mówił: "a szkoda, że nie ma tego całego" (czyli pełnego wydania), więc ja w ostatnim roku mojego rektorstwa zleciłem pracę redakcyjną nad "katolicką etyką wychowawczą, przeglądnąłem to i osobiście wręczyłem Papieżowi, z czego się bardzo ucieszył. Jest to jedyne w swoim rodzaju dzieło, które mówi o dydaktycznego stronie etyki katolickiej, gdzie ujawnia się moralność jako spełnianie dobra przez człowieka.
To był bardzo zrównoważony, spokojny człowiek, człowiek kontemplacji, modlitwy i studiów. Na wykład przychodził uśmiechnięty (mimo iż niekiedy wstawał prosto z łóżka), podniecony, wzbudzający zainteresowanie słuchacza. Obowiązującym podręcznikiem była Suma Teologiczna św. Tomasza z Akwinu, czytana i interpretowana w języku łacińskim. Językiem wykładowym o. Woronieckiego był zasadniczo język łaciński, przerywany często długimi dygresjami prowadzonymi w języku polskim, ilustrującymi omawiany problem moralny charakterystycznymi scenami z literatury polskiej (zwłaszcza Sienkiewicza, a także J. Weyssenhoffa), tudzież francuskiej i rosyjskiej. Stąd obok łaciny były obecne w czasie wykładów języki: francuski, rosyjski, włoski. Była wojna. Po niemiecku nie mówiono. W stosunku do Niemców przypomniał nam wypowiedź Juliusza Cezara z Commentarium de bello Gallico, cytowaną zresztą przez św. Tomasza w traktacie o prawie naturalnym w I0II q 94 a. 4, że apud Germanos latrocinium non censebatur esse iniguum - U Germanów zbójectwo nie uchodziło za coś złego. Było to wymowne przypomnienie o trwałości obyczajów. Na wykładach bardzo często byli cytowaniu wielcy pisarze rosyjscy: Dostojewski, Gogol, Tołstoj, i to w języku oryginalnym, dobrze znanym Woronieckiemu, gdyż służył w wojsku carskim.

Pamiętam jak Ojciec Profesor opowiadał kiedyś, że uczył kleryków dominikańskich szabli. Woroniecki był przecież wojskowym, oficerem armii carskiej. W lejbgwardii służyli synowie wysokiej arystokracji i wzrostu wysokiego, powyżej 1,80 m. Nawet - pamiętam, w formie żartu demonstrował nam na rekreacji podstawowe cięcia szablą.

AR: Jak wykładał?

MAK: Widać było, że wykładowca czuje się w literaturze europejskiej jak w domu i dobrze była mu znana przestrzeń historyczna Europy od starożytnej Grecji i Rzymu po sprawy współczesne. Zagadnienia moralne,ilustrowane historią i literaturą polską i europejską, stawały się interesujące, zrozumiałe i bardzo aktualne. Wyłaniał się z nich ciągle żywy człowiek z tą samą ludzką naturą przeżywającą wojny perskie, punickie, niemiecko-polskie w średniowieczu i współcześnie. Żywy wykład starał się przy końcu godziny streścić i ująć krótko jego treść po łacinie i zazwyczaj w jakimś uzasadnieniu, w formie sylogistycznej, co - ku naszej uciesze nie zawsze mu sprawnie wychodziło. Dociekaliśmy, jaka to była forma sylogizmu i zdarzało się, że udawało się nam czasami odkryć - prócz terminu średniego - jeszcze jeden, czwarty termin... co niweczyło nawet sam argument... z formalnego punktu widzenia. Kiedyś odważyłem się nawet to mu powiedzieć na początku wykładu . Ojciec Woroniecki uśmiechnął się, pogładził po długiej brodzie i wypowiedział: a-ja-jaj - to może byś to wyraził poprawnie... co nie poszło gładko.

AR: Ojciec Profesor zetknął się z Ojcem Jackiem w czasie wojny. Czy Ojciec Woroniecki wypowiadał się na temat ewentualnej przyszłości Polski, perspektyw rozwoju narodu?

MAK: Woroniecki bardzo przeżywał wydarzenia wojenne. Był optymistą: wiedział, że Niemcy muszą przegrać wojnę. Mówił, że nadchodzi czas na słowiańską Europę i w tej słowiańskiej erze Europy widział poważna rolę Polski i polskiej kultury, która - zgodnie z narodową tradycją - ma wnosić do Eurazji pierwiastki personalistycznej kultury. Był szczególnie wyczulony na duchowe potrzeby Rosji. Zresztą założył dominikańskie zgromadzenie zakonne żeńskie - ss. dominikanki misjonarski z Zielonek k. Warszawy - dla katechizacji i apostołowania Rosji. Mówił nam, że czeka nas jeszcze praca apostolska na szerokich terenach Rosji, gdyż tam ludzie czekają na Ewangelię.
Jeszcze w czasie trwania wojny kontaktował się z biskupami śląskimi i mówił nam o odzyskaniu całego Śląska z Wrocławiem i Głogowem. Przewidywał, że po wojnie Śląsk stanie się jakimś głównym zarzewiem polskości. Zwracał uwagę, że prawie 1000-letni Drang nach Osten trzeba po wygranej wojnie zawrócić do jego terytorialnych źródeł. Nie przewidywał tego, co się stało, przynajmniej nie mówił o tym. Jałty nie przewidywał. A zasadniczy wzrok kierował ku przyszłości słowiańszczyzny. która bez mocnej obecności kultury personalistycznej, zachodniej będzie zagrażać światu. Powtarzał, że przychodzi czas na narody słowiańskie i Wschód, która mają dać nowe tchnienie dla Europy. Doktryny polityczne były zmakiawelizowane na Zachodzie. Wschód był jeszcze otwarty na te rzeczy. Woroniecki mówił, że polityka musi być nacechowana moralnością, że oderwanie polityki od moralności kończy się zbrodnią polityczną . Naszym zadaniem ma być przekazywanie pierwiastków kultury personalistycznej do Rosji i ludów pobratymczych dla dobra tych właśnie ludów i dla naszego własnego "interesu". Chyba to jest nadal aktualne.

Oprac. za: M. A. Krąpiec, Wspomnienia o Jacku Woronieckim, w: U źródeł tożsamości kultury europejskiej, red. T. Rakowski, Lublin 1994, s. 156-158.

Bloger: znalezione w biuletynie Instytutu Edukacji Narodowej, "Służyć prawdzie", nr 9/2005.

16 października 2010

WNP - rozdział I - legenda - Saga I

Delikatny świt zastał na polanie, niedaleko jakichś wiosek, nieprzytomnego Camilo. Ten jego błogi sen mógłby zapewne trwać długo, gdyby nie narastający szum oraz niedogodności przyrody, tj. wpełzające pod koszulę owady (mrówki etc.). Choć ciężko i mozolnie - młody chłopak w końcu się przebudził, powoli strzepując siebie nieproszonych gości i próbując dojść do tego "co, jak i gdzie". Co do szumu - byli to rolnicy tradycyjnie rozpoczynający swój dzień pracy parę metrów dalej. Jeden z nich nawet zwrócił uwagę na naszego bohatera, lecz stwierdził, iż ktoś po prostu postanowił sobie uciąć drzemkę po hucznej zabawie.

Lekko wciąż zamroczony Camilo podszedł do rolników i próbował dowiedzieć się, gdzie jest i co się dzieje. (O dziwo on i oni mówili w tym samym języku) Uzyskawszy informacje, iż znajduje się w Regnalii - Tysiącletnim królestwie Morza i Gór.. (oryginalny nazwa jest zbyt długa) - poszedł dalej, w stronę miasta. Niestety, na pytanie o najbliższe lotnisko lub chociaż nazwę kontynentu, na którym się znajduje, usłyszał tylko drwiny i śmiech (popadający przez chwilę w pogardę - cóż, najwyraźniej owi wieśniacy nawet nie słyszeli o samolotach i lotniskach i innych dziwach XX-wiecznej cywilizacji technologicznej, a może raczej "Ziemskiej cywilizacji"?). Tak, idąc drogą - która stopniowo przechodziła w typową drogę miejską; z błota w kamienne posadzki, choć zdecydowanie nieprzystosowane do pojazdów silnikowo-parowych - uprzytamniał sobie, skąd się "tu" wziął. I znów powróciły wtem do niego rozterki moralne (gdyż zaznaczyć trza, iż chłopak nie był jakimś egoisto-hedonistą i miał zawsze wysokie poczucie sprawiedliwości): -Ta nieznana kobieta poświęciła się dla mnie.. poświęciła życie?, O co tu chodzi? Mam dla niej dług, ale jak miałbym się jej odwdzięczyć.. etc.

Tak zamyślony nad swoją sytuacją, nie zbaczał na gapie przechodniów, których mijał, a których przyciągały wielce jego dziwne szaty (spodnie dżinsowe, koszula w kratę szkocką.. i trampki); nie zauważył także, iż ktoś patrzył na niego z dachu okolicznej, wyższej chaty. Nowi przyjaciele, czy kolejni wrogowie?

Tymi bacznymi obserwatorami okazały się być jakieś rzezimieszki, których twarz nie była nawet skażona myślą, a maniery nie dorastały świniom do.. kopyt (?). Zatrzymali dosyć brutalnie Camilo - scena klasyczna, dwóch byczków vs. jeden "frajer"; cel pieniądze, rzeczy osobiste, godność (wszystkie środki dozwolone) - ponieważ chłopak nie miał nic prócz tego ostatniego, zaczęło się "epitetowanie" i żarciki połączone z popychaniem. Camilo próbował stawiać opór, lecz bez większej efektywności, gdyż po chwili z dwóch byczków zrobiło się przynajmniej dziesięciu, a na dodatek każdy z nich było uzbrojony .. w miecze, noże, maczugi. Jednak i to nie powstrzymało Camilo, który wciąż próbował się bronić i nawet udało mu się obezwładnić jednego z łotrów. Niestety, wtedy jeden z nich chwycił w rękę miecz. Już miał zadać brutalny cios, gdy tuż przed jego oczyma pojawił się - jakby znikąd - jakiś mężczyzna, który chwyciwszy łotra za rękę, pięknym stylem mistrza walk wschodnich, powalił go na ziemie. Camilo chciał mu podziękować, jednak wtem, rozwścieczona banda zaczęła natarcie. Aczkolwiek tajemniczy wojownik - o dziwo, niewiele sobie z tego robił, choć był od nich znacznie niższy i raczej z budowy ciała słabszy. Była to dla Camilo lekcja, aby nie oceniać książek tylko po ich okładkach. Ponieważ obrońca przewalał, powalał, obezwładniał i zadawał ciosy tak dokładnie i skutecznie, iż po kilku sekundach cała zgraja leżała na ziemi prawie bez ruchu. (Przypomnę tylko Czytelnikowi, iż on był NIEUZBROJONY, tzn. nie posiadał żadnej innej broni niż swoja własne dłonie - i czasem nogi). Czarnowłosy przybysz, odziany w ciemnozieloną pelerynę do kostek, odwrócił się w stronę chłopaka, popatrzył na niego przez chwilę i uśmiechnąwszy się powiedział: -Hej, wyglądasz nietutejszo; Lekko oszołomiony Camilo odparł z małym opóźnieniem: -A tak.. możliwe.. ale, dzięki .. za pomoc; Na to niski przybysz z długim nosem a'la pinokio i zmrużony, lekko oczami, tak jakby uśmiech był dla niego miną powszednią, odpowiedział: -A, to!? To nic, nie musisz mi dziękować. Ale lepiej chodźmy w bezpieczniejsze miejsce; nie wiem, czy wiesz, ale to niezbyt przyjemna dzielnica. Otrzepujący się z kolan Camilo tylko kiwnął głową na zgodę. Po drodze do najbliższej gospody, do której zmierzali, gdyż karzełkowaty nieznajomy był nie tylko bardzo heroiczny, ale także gościnny, okazało się, iż nowy sprzymierzeniec Camilo nazywa się Mario i jest uczniem Wielkiego i Czcigodnego mistrza Kampeóna, który prowadzi szkołę dla ochotników "pragnących służyć służbie sprawiedliwości".

Już na miejscu, przy skromnym acz sycącym posiłku, Camilo opowiedział Mariowi historię swojego przybycia do jego ojczyzny. Na co Mario przez moment zareagował milczeniem, po czym na jego twarzy pojawił się (niecodzienny uśmiech wyrażający jakby ekscytację połączoną ze zdziwieniem i ulgą). -Więc to Ty, tak - powiedział pół głosem. Po czym dopowiedział, żeby Camilo czym prędzej udał się z nim do jego mistrza. Po uiszczeniu zapłaty, udali się do domu Kampeona. W myślach Camilo pojawiały się różne obrazy; w pełni nie wierzył on w żaden z nich, jednak nieustające pragnienie prawdy i przygód, skłoniło chłopaka do zaufania nowemu znajomemu.. przynajmniej częściowo.

Okazało się, iż dom Kampeona znajduje się parę godzin pieszej wędrówki, wysoko w górach; droga naszych bohaterów obfitowała w typowo piękne, górskie krajobrazy, w trakcie, których podziwiania, dwaj wędrownicy zaczęli się nawet lubić; wymieniali informacje o sobie, uczyli się historii swoich ojczyzn.. i choć można było zauważyć pomiędzy nimi szczerą życzliwości i pewną otwartość, Mario milczał na temat najważniejszy, czyli sens obecności Camilo w Regnalii.

W mniej więcej tym samym czasie; w tych samych górach, które zamieszkiwał mistrz Maria, lecz we znacznie mniej przyjemnym, urokliwym i dostępnym miejscu, znajoma postać podążała w stronę pewnej jaskini. Był to demoniczny napastnik z rodzinnego miasta Camilo. Lecz tym razem jego celem była.. jakaś tablica z różnymi dziwnymi symbolami znajdująca się na samym końcu tunelu jaskini. Zbliżywszy się do niego, uklęknął na jedno kolano i powiedział: -Wybacz panie, zawiodłem Cię w mej misji schwytania "wybranego". Lecz nie zawiodę Cię ponownie!

Owa płaskorzeźba była grobem, w którym spoczywał zapieczętowany demon Vamcambiarmo..!!!

15 października 2010

...

"Sens istnienia"



Za oknami świat szary jak mgła
powita dziś świt bezmiarem chmur.
Zwolna powstaje myśl butna, zła,
by rozerwać nić życiowych ról,
jak pereł sznur.

Wezbrany potok perlistych łez
nie spłynie falą srebrzystych lśnień;
Myśl rozbiegana ku niwom mknie,
chwytając echo słowiczych pień -
na nowy dzień.

Gdy świt zapłonie blaskiem zórz,
ożywi ducha dla nowych prób;
rozpędzi gromy - zwiastuny burz;
nastanie czas by podjąć trud
niszczenia złud.

A kiedy wśród mglistych obłoków
wicher porozmiata wspomnienia,
powstanie czający się w mroku
niepokój ludzkiego zwątpienia
w sens istnienia.


Za umilenie czasu odrobiną liryki, możemy podziękować p. Jadwidze Michałowskiej.

19 września 2010

Z bogami i bohaterami Grecji przyjaźnię się od bardzo dawna. Mam wrażenie, że znam ich dość dobrze i że bez rażących omyłek potrafię odtworzyć zawiłe ich dzieje. Ale wiedza, którą rozporządzam, nie jest wiedzą uczonego. Głęboko szanuję cierpliwych pracowników, którzy zbierali i objaśniali mity greckie, lecz szacunku dla nich nie posuwam aż tak daleko, by pójść ich śladem. Z ciekawością przeglądam ich dzieła uczone, ale wystrzegam się brać od nich naukowe wyjaśnienia mitów(...).

Nie, nie jestem uczonym. Jeżeli zachodzę czasem do tych katakumb wiedzy, jakimi są wielkie biblioteki, to jedynie po to, aby z tym większą radością oddychać później świeżym powietrzem swobodnej i niefrasobliwej fantazji. Mitologia wydaje mi się rozkosznym ogrodem, po którym trzeba chodzić stopą cichą i delikatną. Wolę radować się wonią rosnących tam kwiatów, niż za cenę oberwanych płatków poznawać tajemnicę ich budowy. Okazuję w ten sposób opłakaną powierzchowność umysłu, nad którą niewątpliwie boleć będą ludzie poważni (...).

Ktoś w chwili niezadowolenia mógłby nazwać tę książkę złą, rozumiejąc przez to, że jest niegodziwa, przewrotna, nieprzystojna. Postąpiłby jednak nierozumnie. Nie ma złych książek, prócz tych, które są źle napisane. Natomiast bywają złe chwili, w których najlepsza książka wyda się najgorszą i sprowadzić może następstwa wręcz opłakane.


Jan Porandowski, Eros na Olimpie.

13 września 2010

O mitologizacji

Jedną z większych i poważniejszych cechą ustroju d***kratycznego jest zjawisko, które nazwałbym mitologizacją. Mitologizacja ma swe ufundowanie w typowo ludzkich uwarunkowaniach do uschematyczniania świata, a raczej zeń jego recepcji (na zasadzie, iż żeby poznać byt, trzeba zbudować wokół niego teorie). Mitologizacja służy przeciętnemu człowiekowi, ale też ludziom, których przyjęło się nazywać intelektualistami. I nie byłoby w tym nic niebezpiecznego - gdyby nie władza ludu, która czyni z mitologizacji centralny - jak się wydaje - punkt podparcia dla pasożytniczej strony d***kracji. Słowem, takie patrzenie na świat staje się łatwą pożywką dla polityczno-ekonomicznych elit, które - zbyt często - jedynie dzięki niej są w stanie umocnić i utrzymać swą nadrzędną wobec narodu pozycję. A ponadto, [właśnie] dzięki niej niej stają się elitami, czego jaskrawym wręcz przykładem może być kariera p. Andrzeja Leppera, który na fali rolniczego niezadowolenia z ich partykularnej sytuacji ekonomicznej, został wyniesiony do Parlamentu, a gdy już tam się dostał.. wyzyskiwał tą idee, ile tylko się da[1]. Ów niezadowolenie rolników było/jest podsycane głównie przez mit, biednej wsi. Biedna wieś oznacza, iż gospodarstwa polskie wymagają ciągłej opieki spolegliwego urzędnika państwowego, że ciągle trzeba nie inwestować (z budżetu) i dotować, bo przeto każdy obywatel na tym korzysta etc. Tak jak każdy mit, idea, myśl tak i ta ma swe źródło w rzeczywistości obiektywnej. Ten zapewne wziął się stąd, iż po '89 tzw. PGR masowo upadały i popadały w [dosł.] ruinę. Cóż, o ile nie można temu zaprzeczyć, o tyle nie można rozciągać tej historycznej sytuacji na przyszłość. Do tego, przeto, gdyby ten wolny rynek - o którym mówiono i głoszono, że się go wprowadza - zadziałał, to PGR mogły by z powodzeniem stanąć na nogi i stać się wydajnymi przedsiębiorstwami.

Inną ciekawą opinią - z którą spotykałem się osobiście parokrotnie - brzmi: wzrost bezrobocia jest spowodowany przez zalew tzw. taniej siły roboczej z Azji etc. Chińczycy zabierają pracę Polakom i ogóle.. Poprzestając na ogólnej krytyce tej legendy: Jeżeli Azjaci mogą wykonywać prace tą samą, co Polacy, za mniejszą niż oni stawkę, to rodzi to niższe ceny dla .. Polaków-konsumentów. Otóż głównym błędem powyższego nacjonalizmu ekonomicznego jest nierozpoznanie, że człowiek jest zarówno pracownikiem, jak i konsumentem[2]. Oczywiście, dopóty to się nie zmieni, dopóki rząd będzie próbował naprawiać taką sytuacje wprowadzając w życie prawa blokujące zagraniczny kapitał itp.

Lecz przechodząc do clue całego tekstu. Osoba lub grupa osób, która chciałby zmienić ten kraj (w sensie dosł.), musi zmierzyć się z wieloma licznymi przeszkodami, spośród których - wg mnie - najniebezpieczniejszą jest mitologizacja etatyzująca[3]. I tym miejscu rodzi się tzw. teoria (strategia) działania. O ile strategia różnej maści czerwonego bydła[4] mnie mało interesuje, o tyle bardziej skupię się na libertarian i konserwatystach. Co do tych pierwszych, pomijając nurt - powiedzmy - reformistyczny, to zgodni są oni zasadniczo, iż społeczeństwo trzeba przekonywać do swych racji poprzez publiczne debaty, uliczną propagandę czy też edukację ekonomiczną już w szkołach podstawowych, ale nie tylko.. Mankamenty takiej strategii pojawiają się w momencie, gdy odbiorcy rzeczonego przekazu niekoniecznie chcą go sobie przyswoić lub po prostu go nie rozumieją. Co na to libertarianie? Nie znam zdania wszystkich[5], ale rzecznikiem[6] ciekawej teorii, jest p. Stefan Molyneux[7]. Twierdzi on (i chyba nawet popełnił on o tym książkę), iż zasadniczo wpierw należy przygotować - podatny na argumenty szczegółowe - grunt sprowadzając całą dyskusje to ustalenia, czy obie strony są zgodne co do pryncypiów samej dyskusji, czyli do pytania: "czy mam prawo chociaż zachować własne zdanie, nawet jeśli byłoby ono odmienne od twojego?". W skrajnie trudnych przypadkach, gdy odpowiedź rozmówcy byłaby zdecydowanie negatywna, należy po prostu zaprzestać jakiejkolwiek wymiany zdań, gdyż - jak uzasadnia Molyneux - nie można rozmawiać z kimś, kto celowo i świadomie przykłada nam lufę do skroni. Abstrahując od skuteczności takiego rozumowania, nie można mu odmówić pewnej dozy zdrowego rozsądku.

Co zaś się tradycjonalistów[] tyczy, to podobnie w libertariańskiej strategii, można wyróżnić u nich dwa zasadnicze nurty: reformistyczno-kompromisowy i [i]bezkompromisowy[/i]. Ten pierwszy, oczywiście, najskuteczniejszą szansę zmian upatruje w powolnych acz metodycznych reformach w ramach samej d***kracji[8]. Drugi natomiast - choć a-parlamentarny, nie bynajmniej nieapolityczny - idzie drogą propagandowo-publicystyczną. Lecz w przeciwieństwie do propagandy uprawianej przez wolnościowców, konserwatyści - konsekwentnie - raczej unikają rozgłosu i [i]masowości[/i], a odbiorcę zawężają do wąskich i nielicznych grup. Do ludzi z krótką preferencją czasową, myślących długofalowo.. do tzw. elity Narodu.

Aczkolwiek wbrew tym szczegółowym różnicom w przyjmowanych strategiach, obie grupy muszą stawić czoła ludzkiej tendencji do tworzenia mitów. Wojownicze nastawienie bowiem może z czasem ulec rozmiękczeniu lub całkowitej dezintegracji, mitologizacja zaś wydaje się być ciągłą i nieustającą przypadłością rodzaju ludzkiego. Lecz skoro nie da się wyplenić tego zjawiska, to może trzeba zredukować jego zasięg tak, aby nie miał wpływu na decyzje rządu, które dotyczą nas wszystkich?


Przypisy:

[1] Tak jak i pozostali politycy zresztą.
[2] Więcej na temat w licznych pracach przedstawicieli austriackiej szkoły ekonomii, tj. von Mises, Rothbard, Hoppe, a także niektórzy ekonomiści innych szkół.
[3] Można by wyróżnić tyle odmian mitologizacji, ile przenosi ona ze sobą treści, tj. mitologizacja naukowa (scjentystyczna) pochodzenia pozytywistycznego.
[4] Ogólnie mówiąc - komunistów, bolszewików, część socjalistów.
[5] Można powiedzieć, iż co libertarian, to inna strategia.
[6] Jeśli nie twórcą i apologetą w jednej osobie.
[7] http://www.youtube.com/watch?v=nKOTqRb5nvg
[8] Można się zastanawiać, czy p. Artur Górski powinien być zaliczany do grona konserwatystów, choć - jak on sam twierdzi - należy do konserwatywnej frakcji w swojej partii.

4 września 2010

Wielka nienazwana przygoda - rozdział I - legenda

Dawno temu, na świecie nie bardzo różnym od Ziemi, istniało pewne niewielkie królestwo. Ludzie żyli w nim spokojnie pomnażając indywidualny oraz grupowy dobrobyt, dzięki praktycznie niczym nieograniczonemu wolnemu handlowi i sprawiedliwej konkurencji. Było tak do czasu aż królestwo nawiedził straszliwy i potężny demon wraz ze swoją armią potworów. W ciągu kilku dni zdołał on zamienić całe miasta w płonące zgliszcza, a życie mieszkańców w krwawy koszmar. Żaden z okolicznych wojowników, ani gwardia królewska, ani inna prywatna armia nie zdołała ujarzmić demona. Był niepokonany.. do chwili, w której pojawił się tajemniczy osobnik znikąd. Pokonał on potwory oraz ich straszliwego przywódcę przywracając ubłagany spokój w królestwie. Lecz po wielu latach demon znów powrócił i jego celem pewnie stało się ta spokojna kraina.

Nastał świt nad doliną Regnunalii (miejsce, w którym znajduje się państwo-miasto Regnunalia). Promienie słoneczne nie śmiale acz stanowczo zakradały się coraz niżej, w głąb puszczy oddzielającej górski step od ork przedmieścia królestwa, odkrywającym przy tym ciało pewnego młodzieńca. ...

Cdn.

Prolog 0.5.

Wtem, wyraz twarzy tajemniczej wojowniczki nagle się zmienił. Stał się jej bardziej poważny; wyraźnie można było odczytać z niego, iż zrozumiała powagę sytuacji, w jakiej znalazła się wraz z młodym bohaterem, na tyle, by powziąć ostateczne środki. Spojrzała na Camillusa, po czym szybkim ruchem ręki wyjęła coś z kieszeni i rzuciła w jego stronę. A gdy tylko Camillus schylił się po to, z całych sił rzuciła się w stronę napastnika. W trakcie - między zadawaniem, a odpieraniem piekielnie szybkich ciosów przeciwnika - krzyknęła: To są Porta, magiczne kryształy, ściśnij je w ręku, a potem rzuć z całych sił o ziemię! Młodzieniec niewiele myśląc, uczynił to, co mu rozkazano. To Wam się nie uda, wybraniec będzie mój - z wielką pewnością siebie odrzekł złoczyńca próbując wyraźnie zakończyć potyczkę ze złotowłosą. Nagle, ziemia pod stopami Camillusa zaczęła świecić ogromnym blaskiem powoli oślepiając chłopaka (okazało się, iż było to działanie porta). Zdezorientowany Camillus mógł już tylko widzieć jak diabelski złoczyńca zyskuje coraz większą przewagę nad tajemniczą obrończynią, by w końcu zadać jej ostateczny cios. Choć zarówno jego dusza rwała się ku pomocy, jego ciało stawało się sztywne, nieposłuszne.. było to uczucie znikania lub unoszenia się w wodzie, choć bez utraty powietrza. Wtem usłyszał głos dziewczyny: - Żegnaj, nie daj się zabić! Po czym stracił przytomność. Czyżby to był efekt działania magicznych kryształów, a może to diabelski napastnik, w końcu zadał śmiertelny cios?

Koniec