Do liberałów, konserwatystów, minarchistów oraz innych etatystów[1]
Przyklejenie siebie do establishmentu. No i po co? Żeby stworzyć kolejną świnie przy korycie, bo chyba nie łudzisz się, że cokolwiek możesz zrobić dla idei? Załóżmy nawet, że uda Wam się przeforsować jakiś zapis, tj. obcięcie wydatków na biurokracje. Nie trzeba wróżbity, by domyślić się, iż taka zmiana zaraz spotka się z silną reakcją biurokratów. Ale ich można będzie - w imię wyższych ideałów i Chrystusa Pana - rozjechać czołgami. No to pozostaje problem kadencyjności. Kadencja mija, a następcy przywracają to, coście z takim trudem wprowadzili. I ten sam schemat można zastosować do innych działań w ramach systemu parlamentarnego. Przewrót paramilitarny? Noo.. super, Chrystus byłby z was dumny! Zawsze chciał przeto takiego wyznania wiary czynem, a że ofiary w ludziach? E tam, a że całkowicie zatracenie pierwotnego sensu? E tam.. Bóg rozpozna swoich, żeby się chciało powiedzieć.
Jestem katolikiem, nie wiem czy konserwą, jeśli już, to nie zakutą konserwą. I nie powiem, bym popierał pomysły [i]wyprawa na podbój Somalii[/i]. To też trochę chybiony pomysł, choć zawiera w sobie ziarnko słuszności. Otóż zamiast liczyć na cuda polityki, trzeba wprowadzać libertarianizm, społeczne panowanie Chrystusa or just wolność - własnym życiem; żyjąc tak, aby dawać przykład. Czy to jest skuteczne? Na pewno nie na krótką metę. Ale wg mnie najbardziej realne i zgodne z aksjomatami.
[1]Mianem etatystów zaliczam ogół osób o poglądach, które zakładają bądź afirmują [i]istnienie[/i] bądź działanie państwa rozumianego jako taka instytucja, która swą pozycje względem innych osób, wymusza siłą i przemocą. Por. M.N. Rothbard, H.Hoppe czy A.J. Nock.
16 grudnia 2010
11 grudnia 2010
Coś
Kto stoi, ten cofa się.
Kto cofa się, ten nie idzie do przodu.
Iść do przodu trzeba, by aby nie stać w miejscu i nie cofać się.
Słowa mają znaczenie. Świat r e a l n i e i s t n i e j e.
Poznanie rodzi myślenie.
Myślenie rodzi pojęcia.
Pojęcia wchodzą w skład sądów.
Na sądach i poprzez sądy - działamy, wybieramy, postępujemy.
Byt i transcedentale.
Transcendentale służą nam do wyrażania się o b y c i e.
Odrębność, jedność, realność, prawda, dobro, piękno.
Prostota, której nie zauważamy.
Filozofia to kontemplacja, a nie bełkotanie o bełkocie; myślenie o własnych myślach.
Kto cofa się, ten nie idzie do przodu.
Iść do przodu trzeba, by aby nie stać w miejscu i nie cofać się.
Słowa mają znaczenie. Świat r e a l n i e i s t n i e j e.
Poznanie rodzi myślenie.
Myślenie rodzi pojęcia.
Pojęcia wchodzą w skład sądów.
Na sądach i poprzez sądy - działamy, wybieramy, postępujemy.
Byt i transcedentale.
Transcendentale służą nam do wyrażania się o b y c i e.
Odrębność, jedność, realność, prawda, dobro, piękno.
Prostota, której nie zauważamy.
Filozofia to kontemplacja, a nie bełkotanie o bełkocie; myślenie o własnych myślach.
4 grudnia 2010
WNP - rozdział I - legenda - Saga I
Droga do dojo (domu treningowego) Mistrza była długa, kręta, niekiedy wąska i stroma; prowadziła przez gęsty, o mieszanej nomenklaturze, las; następnie góry i liczne przepaście z licznymi mostkami, których stan był taki, że cudem można było nazwać ich pokonanie w jednym kawałku. Lecz po wielu godzinach wędrówki, nasi dzielni młodzieńcy doszli do celu. Przed nimi rozpościerała się pusta przestrzeń: kamienista, pozbawiona większej roślinności dolina, której środek wieńczyła mała acz przystojna chałupka (trochę w stylu japońskim, trochę europejski, trochę polskim). Na powitanie gościa nie wyszedł nikt. Poczekał chwilę - powiedział Mario podrapawszy się w głowę wchodząc do środka. Camilo zaczekał na gangu, lecz nie poczekał długo, gdyż wtem zainteresowały go dziwne odgłosy dobiegające zza domu. Zdążył tylko wystawić nosa, a już był go stracił od przelatującego z ogromną prędkością kawałka drewna. Okazało się bowiem, iż za chałupą Mistrza trenowała jakaś dziewczyna. Miała czarne jak nocy włosy do pasa, choć zawinięte w koki - wyraźnie po to, by nie przeszkadzały jej w czasie walki; poza tym, nosiła na sobie strój podobny do kimona karateki lub ninjy w rozmiarze akurat eksponującym jej bardzo kobiecą sylwetką. Camilo wpatrywał się w ten urokliwy obrazek. Lecz nieznajoma zauważyła jego obecność. A jej reakcja była a taka, że prawie odruchowo kopnęła w stronę Camilo kawał ostrego badyla. I gdyby w tym samym momencie Camilo nie zareagował na nawoływanie Mario, był mógł nie licho coś stracił. Dziewczyna wróciła do swoich zajęć.
Mistrz Kampeon przywitawszy się z gościem, który zdążył już poznać sytuacje, w jakiej się znalazł, zapytał go: -To nie będzie łatwe. To nie będzie łatwa walka. Zapewne nigdy w swoim życiu jeszcze nie walczyłeś z ten sposób, ani nawet nie słyszałeś o ********* [ichniejsza technika obrony i ataku). Stawka jest ogromna. Nie możemy Ciebie prosić o coś, co jest poza Twoimi możliwościami. Możliwe, bardzo prawdopodobne, iż utracisz przy tym życie, dlatego nie możemy Ciebie prosić, ani przekonywać byś brał w tym udział. Doprawdy, nie jest to Twoja walka; Nastała chwila ciszy, którą nagle przerwało wtargnięcie czwartej osoby. Była to dziewczyna z tamtej chwili. -O, Alicia, już skończyłaś trening? - oparł Mistrz. Po chwili zakłopotania, wszyscy zostali sobie przedstawieni. Nagle Camilo wstał: -Nie przejdę obok tego co się dzieje. Chcę walczyć, pomóżcie mi walczyć - rzekł zdecydowanie. Mistrz uśmiechnął się tajemniczo i odparł: -Doskonale. Od jutra rana zaczynasz trening poza nadzorem Alicii.
Tymczasem, kilkaset metrów nad nimi, pojawiła się pewna znajoma złowroga postać.
Czy Camilo sprosta czekającemu go treningowi? Na czym będzie polegał ów trening? I co oznacza pojawienie się złowrogiej postaci w pobliżu?
Mistrz Kampeon przywitawszy się z gościem, który zdążył już poznać sytuacje, w jakiej się znalazł, zapytał go: -To nie będzie łatwe. To nie będzie łatwa walka. Zapewne nigdy w swoim życiu jeszcze nie walczyłeś z ten sposób, ani nawet nie słyszałeś o ********* [ichniejsza technika obrony i ataku). Stawka jest ogromna. Nie możemy Ciebie prosić o coś, co jest poza Twoimi możliwościami. Możliwe, bardzo prawdopodobne, iż utracisz przy tym życie, dlatego nie możemy Ciebie prosić, ani przekonywać byś brał w tym udział. Doprawdy, nie jest to Twoja walka; Nastała chwila ciszy, którą nagle przerwało wtargnięcie czwartej osoby. Była to dziewczyna z tamtej chwili. -O, Alicia, już skończyłaś trening? - oparł Mistrz. Po chwili zakłopotania, wszyscy zostali sobie przedstawieni. Nagle Camilo wstał: -Nie przejdę obok tego co się dzieje. Chcę walczyć, pomóżcie mi walczyć - rzekł zdecydowanie. Mistrz uśmiechnął się tajemniczo i odparł: -Doskonale. Od jutra rana zaczynasz trening poza nadzorem Alicii.
Tymczasem, kilkaset metrów nad nimi, pojawiła się pewna znajoma złowroga postać.
Czy Camilo sprosta czekającemu go treningowi? Na czym będzie polegał ów trening? I co oznacza pojawienie się złowrogiej postaci w pobliżu?
18 listopada 2010
Konstytucja
"Libertariańskie credo polityczne"
Istnieją zasadniczo trzy typy ontologii. Nominalistyczna, która przyjmuje, że istnieją tylko jednostki. Ontologia ta dostarcza uzasadnienia dla anarchii. Idealistyczna przyjmująca realne istnienie ogółów. Jest ona przedmiotem westchnień wszelkiej maści totalniaków, od komunistów do konserwatywnych i religijnych integrystów. Wreszcie istnieje ontologia realistyczna, zwana też bogatą, źródłowo arystotelesowska, której hołduje niżej podpisany.
Podstawą prawdziwości myślenia politycznego, tak jak i myślenia w ogóle, jest ontologia. Pragmatycznych racji ideologiom politycznym może dostarczać niemal wszystko: religia, interes, prawo, tradycja czy obyczaj, ale uzasadnienia dostarcza tylko ontologia. Istnieją zasadniczo trzy typy ontologii. Nominalistyczna, która przyjmuje, że istnieją tylko jednostki. Ontologia ta dostarcza uzasadnienia dla anarchii. Idealistyczna przyjmująca realne istnienie ogółów. Jest ona przedmiotem westchnień wszelkiej maści totalniaków, od komunistów do konserwatywnych i religijnych integrystów. Wreszcie istnieje ontologia realistyczna, zwana też bogatą, źródłowo arystotelesowska, której hołduje niżej podpisany.
Ontologia realistyczna twierdzi, że istnieją zarówno jednostki jak i ogóły, ale wszystko, co nie jest jednostką, jest zawsze „zapodmiotowane” w jednostce, czyli stanowi jej cechę lub właściwość. Nie wchodząc w spór ze zwolennikami idealizmu i nominalizmu, przedstawiam polityczne skutki przyjęcia realizmu ontologicznego.
Podstawową jest niemożność przypisania społeczeństwu wyższego sposobu istnienia nad ludzki byt jednostkowy. Społeczeństwo stanowią połączone relacjami osobowymi jednostki. W konsekwencji wszystkie relacje władzy (hierarchia), prawa (natury), sprawiedliwości (działania) są zapośredniczone przez konkretną osobę. Stojąc na innym ontologicznym stanowisku trzeba „konsekwentnie twierdzić, że społeczeństwo posiada cel wyższy od celu indywidualnego człowieka, a osobę ludzką uważać za proste narzędzie do tego celu. Moralną konsekwencją tej tezy jest odebranie człowiekowi godności osoby, a polityczną konsekwencją powszechne niewolnictwo”.
Realista będzie twierdził dalej, że „dobro wspólne, warunkujące rozwój każdego jego członka jest celem społeczeństwa; że dobro to jest nierozerwalnie związane z duchem i materialnym dobrem indywidualnym osoby ludzkiej”. Wszystko to, co jest bezpośrednio związane z bytem i z celem ostatecznym osoby ludzkiej, leży poza zasięgiem uprawnień społeczeństwa — bo społeczeństwo jest środkiem mającym służyć tej osobie, a nie na odwrót. Założenie przeciwne wskazywałoby na absurdalność istnienia jednostek.
Wynika z tego, że wszelka władza polityczna jest możliwa tylko dzięki przyzwoleniu jednostek, czyli ostatecznie opiera się na opinii, jaką się cieszy w danym społeczeństwie. Człowiek wchodzi bowiem w relacje społeczne przez jakieś działanie, choćby było to „tylko” prokreacyjne działanie jego rodziców. A ponieważ dorosły człowiek sam jest sprawcą swego działania, wynika powyższe. Nawet przemoc fizyczna, nie ustanawia jeszcze osobowej relacji władzy, dopóki poddany przemocy „wewnętrznie” się z nią nie godzi np. męczennik. Odnosi się to jednako do ustrojów monarchicznych jak i republikańskich.
Potocznym urojeniem jest przypisywanie społeczeństwu, państwu czy innym abstraktom cechy sprawiedliwości, słuszności czy nawet świętości lub jej mutacji (np. wzniosłości, wielkości, majestatu itd.). Wszystko to są kwalifikacje osoby i jej działania. Jedynym zatem moralnym kryterium społecznej organizacji jest indywidualne sumienie. Tylko osoba może wejść w intencjonalną relację z rzeczywistością, która funduje prawdę. Tylko osoba może działać zgodnie z dobrem wspólnym, fundując sprawiedliwość. Tylko osoba jest zdolna rozpoznać piękno. Relacje instytucjonalne niezbędne dla istnienia państwa i prawa stanowionego niszczą wszystkie wartości osobowe, na czele z wiarą, nadzieją i miłością o ile nie są wprost uprzyczynowane działaniem wszystkich osób, których dotyczą.
Jak z powyższego wynika, przytłaczającą większość ustrojów historycznych, należy ocenić jako poznawczą i moralną hucpę. Narzędzie represji i ucisku pokrywane pięknymi słowami. Zupełnie zresztą w zgodzie z ontologią idealizmu, przyjmującą realne istnienie „pięknych słów”.
Włodzimierz Kowalik
Istnieją zasadniczo trzy typy ontologii. Nominalistyczna, która przyjmuje, że istnieją tylko jednostki. Ontologia ta dostarcza uzasadnienia dla anarchii. Idealistyczna przyjmująca realne istnienie ogółów. Jest ona przedmiotem westchnień wszelkiej maści totalniaków, od komunistów do konserwatywnych i religijnych integrystów. Wreszcie istnieje ontologia realistyczna, zwana też bogatą, źródłowo arystotelesowska, której hołduje niżej podpisany.
Podstawą prawdziwości myślenia politycznego, tak jak i myślenia w ogóle, jest ontologia. Pragmatycznych racji ideologiom politycznym może dostarczać niemal wszystko: religia, interes, prawo, tradycja czy obyczaj, ale uzasadnienia dostarcza tylko ontologia. Istnieją zasadniczo trzy typy ontologii. Nominalistyczna, która przyjmuje, że istnieją tylko jednostki. Ontologia ta dostarcza uzasadnienia dla anarchii. Idealistyczna przyjmująca realne istnienie ogółów. Jest ona przedmiotem westchnień wszelkiej maści totalniaków, od komunistów do konserwatywnych i religijnych integrystów. Wreszcie istnieje ontologia realistyczna, zwana też bogatą, źródłowo arystotelesowska, której hołduje niżej podpisany.
Ontologia realistyczna twierdzi, że istnieją zarówno jednostki jak i ogóły, ale wszystko, co nie jest jednostką, jest zawsze „zapodmiotowane” w jednostce, czyli stanowi jej cechę lub właściwość. Nie wchodząc w spór ze zwolennikami idealizmu i nominalizmu, przedstawiam polityczne skutki przyjęcia realizmu ontologicznego.
Podstawową jest niemożność przypisania społeczeństwu wyższego sposobu istnienia nad ludzki byt jednostkowy. Społeczeństwo stanowią połączone relacjami osobowymi jednostki. W konsekwencji wszystkie relacje władzy (hierarchia), prawa (natury), sprawiedliwości (działania) są zapośredniczone przez konkretną osobę. Stojąc na innym ontologicznym stanowisku trzeba „konsekwentnie twierdzić, że społeczeństwo posiada cel wyższy od celu indywidualnego człowieka, a osobę ludzką uważać za proste narzędzie do tego celu. Moralną konsekwencją tej tezy jest odebranie człowiekowi godności osoby, a polityczną konsekwencją powszechne niewolnictwo”.
Realista będzie twierdził dalej, że „dobro wspólne, warunkujące rozwój każdego jego członka jest celem społeczeństwa; że dobro to jest nierozerwalnie związane z duchem i materialnym dobrem indywidualnym osoby ludzkiej”. Wszystko to, co jest bezpośrednio związane z bytem i z celem ostatecznym osoby ludzkiej, leży poza zasięgiem uprawnień społeczeństwa — bo społeczeństwo jest środkiem mającym służyć tej osobie, a nie na odwrót. Założenie przeciwne wskazywałoby na absurdalność istnienia jednostek.
Wynika z tego, że wszelka władza polityczna jest możliwa tylko dzięki przyzwoleniu jednostek, czyli ostatecznie opiera się na opinii, jaką się cieszy w danym społeczeństwie. Człowiek wchodzi bowiem w relacje społeczne przez jakieś działanie, choćby było to „tylko” prokreacyjne działanie jego rodziców. A ponieważ dorosły człowiek sam jest sprawcą swego działania, wynika powyższe. Nawet przemoc fizyczna, nie ustanawia jeszcze osobowej relacji władzy, dopóki poddany przemocy „wewnętrznie” się z nią nie godzi np. męczennik. Odnosi się to jednako do ustrojów monarchicznych jak i republikańskich.
Potocznym urojeniem jest przypisywanie społeczeństwu, państwu czy innym abstraktom cechy sprawiedliwości, słuszności czy nawet świętości lub jej mutacji (np. wzniosłości, wielkości, majestatu itd.). Wszystko to są kwalifikacje osoby i jej działania. Jedynym zatem moralnym kryterium społecznej organizacji jest indywidualne sumienie. Tylko osoba może wejść w intencjonalną relację z rzeczywistością, która funduje prawdę. Tylko osoba może działać zgodnie z dobrem wspólnym, fundując sprawiedliwość. Tylko osoba jest zdolna rozpoznać piękno. Relacje instytucjonalne niezbędne dla istnienia państwa i prawa stanowionego niszczą wszystkie wartości osobowe, na czele z wiarą, nadzieją i miłością o ile nie są wprost uprzyczynowane działaniem wszystkich osób, których dotyczą.
Jak z powyższego wynika, przytłaczającą większość ustrojów historycznych, należy ocenić jako poznawczą i moralną hucpę. Narzędzie represji i ucisku pokrywane pięknymi słowami. Zupełnie zresztą w zgodzie z ontologią idealizmu, przyjmującą realne istnienie „pięknych słów”.
Włodzimierz Kowalik
7 listopada 2010
Rarytas
Wspomnienia o Jacku Woronieckim
Rozmowa z o. prof. Mieczysławem A. Krąpcem OP
Arkadiusz Robaczewski: Kiedy Ojciec Profesor poznał Ojca Jacka Woronieckiego?
Mieczysław A. Krąpiec: Byliśmy jeszcze uczniami w Tarnopolu w I gimnazjum typu klasycznego, dawnego (gdzie było 8 lat łaciny, 4 lata greki, gdzie była klasyczna kultura Polski; - do gimnazjum tego uczęszczali i W. Pol, i A. Bruckner, i F. Kleeberg, i W. Rubin) - gdyśmy, w grupie, czytali o. Jacka Woronieckiego Około kultu mowy ojczystej. Wiedzieliśmy, że Woroniecki jest dominikaninem, a w Tarnopolu byli od kilku stuleci dominikanie w prześlicznym barokowym, z pagodalnymi wieżami, kościele, malowanym al fresco przez wielkiego barokowego malarza A. Stroińskiego; dziś wszystko to ruiny spowodowane nienawiści do religii i człowieka, i Polski. Wyobrażałem sobie Woronieckiego na wzór słynnych malowideł Stroińskiego przedstawiających w rozwianym habicie św. Jacka lub św. Tomasz; raczej św. Jacka, bo Tomasz był "za gruby" (ponoć cierpiał na wodną puchlinę).
Ojciec Jacek Woronieckie, ostatni potomek gałęzi Jagiellonów, wywodzący się od Korybuta, brata Jagiełły, był szeroko znany jako pisarz, myśliciel, drugi po Radziszewskim rektor i organizator KUL oraz gorący patriota.
AR: Kiedy Ojciec Profesor spotkał Ojca Jacka po raz pierwszy?
MAK: Zetknąłem się osobiście z nim w dniu wybuchu wojny w 1930 r. w Krakowie, przy furcie zakonnej. Ja - nowicjusz dominikański - zabezpieczałem (po przysposobieniu wojskowym i kursie przeciwlotniczo-gazowym) klasztor przy ulicy Stolarskiej 12 i jego piwnice, przeznaczone na schron przez ewentualnym gazem bojowym. Woroniecki miał wówczas lat 60 i nam, młodym, wydawał się czcigodnym starcem, tym bardziej, że w "Konstytucjach Zakonu Dominikanów" było napisane, iż 60-letni starcy winni być traktowani łagodnie w trudach codziennego życia. Później wrażenie dostojnej starości pogłębiło się, gdy zamieszkawszy w krakowskim klasztorze, o. Jacek ciągle chorował i zapuścił mlecznobiałą brodę, co przy gęstych, krótko ostrzyżonych, zupełnie siwych włosach, dawało obraz "patriarchy", oddalonego od wspólnoty zakonnej wskutek ciągłych różnych chorób, nieraz ciężkich jak uremia; Woroniecki miał swój specjalny "status" życiowy. Mimo to dawał klasztorowi rekolekcje - chyba najlepsze, jakie w życiu słyszałem - a nadto był naszym, kleryków, spowiednikiem roztropnym i mądrym.
AR: Jakim Ojciec Jacek Woroniecki był wychowawcą?
MAK: W czasie wojny i tuż po niej Woroniecki był kierownikiem studiów Instytutu Filozoficznego i Teologicznego oo. dominikanów w Krakowie. Jego szczególnym zamiłowaniem były wykłady z zakresu teologii moralnej. Do wykładów tych przygotowywał się niezwykłe starannie, mimo iż był naprawdę niezrównanym mistrzem dydaktyki i wybitnym znawcą swego przedmiotu, co uwidoczniało się w jego licznych publikacjach na ten temat i wreszcie znalazło swój wyraz w poważnej, trzytomowej monografii: Katolicka etyka wychowawcza. przygotowanej podczas mojego rektorowania i wydanej w całości przez Katolicki Uniwersytet Lubelski w roku 1986. (Przedtem cenzura nie pozwoliła na wydanie tomu trzeciego, analizującego zagadnienie sprawiedliwości). Pamiętałem o rozmowach z Karolem Wojtyłą, który ciągle mówił: "a szkoda, że nie ma tego całego" (czyli pełnego wydania), więc ja w ostatnim roku mojego rektorstwa zleciłem pracę redakcyjną nad "katolicką etyką wychowawczą, przeglądnąłem to i osobiście wręczyłem Papieżowi, z czego się bardzo ucieszył. Jest to jedyne w swoim rodzaju dzieło, które mówi o dydaktycznego stronie etyki katolickiej, gdzie ujawnia się moralność jako spełnianie dobra przez człowieka.
To był bardzo zrównoważony, spokojny człowiek, człowiek kontemplacji, modlitwy i studiów. Na wykład przychodził uśmiechnięty (mimo iż niekiedy wstawał prosto z łóżka), podniecony, wzbudzający zainteresowanie słuchacza. Obowiązującym podręcznikiem była Suma Teologiczna św. Tomasza z Akwinu, czytana i interpretowana w języku łacińskim. Językiem wykładowym o. Woronieckiego był zasadniczo język łaciński, przerywany często długimi dygresjami prowadzonymi w języku polskim, ilustrującymi omawiany problem moralny charakterystycznymi scenami z literatury polskiej (zwłaszcza Sienkiewicza, a także J. Weyssenhoffa), tudzież francuskiej i rosyjskiej. Stąd obok łaciny były obecne w czasie wykładów języki: francuski, rosyjski, włoski. Była wojna. Po niemiecku nie mówiono. W stosunku do Niemców przypomniał nam wypowiedź Juliusza Cezara z Commentarium de bello Gallico, cytowaną zresztą przez św. Tomasza w traktacie o prawie naturalnym w I0II q 94 a. 4, że apud Germanos latrocinium non censebatur esse iniguum - U Germanów zbójectwo nie uchodziło za coś złego. Było to wymowne przypomnienie o trwałości obyczajów. Na wykładach bardzo często byli cytowaniu wielcy pisarze rosyjscy: Dostojewski, Gogol, Tołstoj, i to w języku oryginalnym, dobrze znanym Woronieckiemu, gdyż służył w wojsku carskim.
Pamiętam jak Ojciec Profesor opowiadał kiedyś, że uczył kleryków dominikańskich szabli. Woroniecki był przecież wojskowym, oficerem armii carskiej. W lejbgwardii służyli synowie wysokiej arystokracji i wzrostu wysokiego, powyżej 1,80 m. Nawet - pamiętam, w formie żartu demonstrował nam na rekreacji podstawowe cięcia szablą.
AR: Jak wykładał?
MAK: Widać było, że wykładowca czuje się w literaturze europejskiej jak w domu i dobrze była mu znana przestrzeń historyczna Europy od starożytnej Grecji i Rzymu po sprawy współczesne. Zagadnienia moralne,ilustrowane historią i literaturą polską i europejską, stawały się interesujące, zrozumiałe i bardzo aktualne. Wyłaniał się z nich ciągle żywy człowiek z tą samą ludzką naturą przeżywającą wojny perskie, punickie, niemiecko-polskie w średniowieczu i współcześnie. Żywy wykład starał się przy końcu godziny streścić i ująć krótko jego treść po łacinie i zazwyczaj w jakimś uzasadnieniu, w formie sylogistycznej, co - ku naszej uciesze nie zawsze mu sprawnie wychodziło. Dociekaliśmy, jaka to była forma sylogizmu i zdarzało się, że udawało się nam czasami odkryć - prócz terminu średniego - jeszcze jeden, czwarty termin... co niweczyło nawet sam argument... z formalnego punktu widzenia. Kiedyś odważyłem się nawet to mu powiedzieć na początku wykładu . Ojciec Woroniecki uśmiechnął się, pogładził po długiej brodzie i wypowiedział: a-ja-jaj - to może byś to wyraził poprawnie... co nie poszło gładko.
AR: Ojciec Profesor zetknął się z Ojcem Jackiem w czasie wojny. Czy Ojciec Woroniecki wypowiadał się na temat ewentualnej przyszłości Polski, perspektyw rozwoju narodu?
MAK: Woroniecki bardzo przeżywał wydarzenia wojenne. Był optymistą: wiedział, że Niemcy muszą przegrać wojnę. Mówił, że nadchodzi czas na słowiańską Europę i w tej słowiańskiej erze Europy widział poważna rolę Polski i polskiej kultury, która - zgodnie z narodową tradycją - ma wnosić do Eurazji pierwiastki personalistycznej kultury. Był szczególnie wyczulony na duchowe potrzeby Rosji. Zresztą założył dominikańskie zgromadzenie zakonne żeńskie - ss. dominikanki misjonarski z Zielonek k. Warszawy - dla katechizacji i apostołowania Rosji. Mówił nam, że czeka nas jeszcze praca apostolska na szerokich terenach Rosji, gdyż tam ludzie czekają na Ewangelię.
Jeszcze w czasie trwania wojny kontaktował się z biskupami śląskimi i mówił nam o odzyskaniu całego Śląska z Wrocławiem i Głogowem. Przewidywał, że po wojnie Śląsk stanie się jakimś głównym zarzewiem polskości. Zwracał uwagę, że prawie 1000-letni Drang nach Osten trzeba po wygranej wojnie zawrócić do jego terytorialnych źródeł. Nie przewidywał tego, co się stało, przynajmniej nie mówił o tym. Jałty nie przewidywał. A zasadniczy wzrok kierował ku przyszłości słowiańszczyzny. która bez mocnej obecności kultury personalistycznej, zachodniej będzie zagrażać światu. Powtarzał, że przychodzi czas na narody słowiańskie i Wschód, która mają dać nowe tchnienie dla Europy. Doktryny polityczne były zmakiawelizowane na Zachodzie. Wschód był jeszcze otwarty na te rzeczy. Woroniecki mówił, że polityka musi być nacechowana moralnością, że oderwanie polityki od moralności kończy się zbrodnią polityczną . Naszym zadaniem ma być przekazywanie pierwiastków kultury personalistycznej do Rosji i ludów pobratymczych dla dobra tych właśnie ludów i dla naszego własnego "interesu". Chyba to jest nadal aktualne.
Oprac. za: M. A. Krąpiec, Wspomnienia o Jacku Woronieckim, w: U źródeł tożsamości kultury europejskiej, red. T. Rakowski, Lublin 1994, s. 156-158.
Bloger: znalezione w biuletynie Instytutu Edukacji Narodowej, "Służyć prawdzie", nr 9/2005.
Rozmowa z o. prof. Mieczysławem A. Krąpcem OP
Arkadiusz Robaczewski: Kiedy Ojciec Profesor poznał Ojca Jacka Woronieckiego?
Mieczysław A. Krąpiec: Byliśmy jeszcze uczniami w Tarnopolu w I gimnazjum typu klasycznego, dawnego (gdzie było 8 lat łaciny, 4 lata greki, gdzie była klasyczna kultura Polski; - do gimnazjum tego uczęszczali i W. Pol, i A. Bruckner, i F. Kleeberg, i W. Rubin) - gdyśmy, w grupie, czytali o. Jacka Woronieckiego Około kultu mowy ojczystej. Wiedzieliśmy, że Woroniecki jest dominikaninem, a w Tarnopolu byli od kilku stuleci dominikanie w prześlicznym barokowym, z pagodalnymi wieżami, kościele, malowanym al fresco przez wielkiego barokowego malarza A. Stroińskiego; dziś wszystko to ruiny spowodowane nienawiści do religii i człowieka, i Polski. Wyobrażałem sobie Woronieckiego na wzór słynnych malowideł Stroińskiego przedstawiających w rozwianym habicie św. Jacka lub św. Tomasz; raczej św. Jacka, bo Tomasz był "za gruby" (ponoć cierpiał na wodną puchlinę).
Ojciec Jacek Woronieckie, ostatni potomek gałęzi Jagiellonów, wywodzący się od Korybuta, brata Jagiełły, był szeroko znany jako pisarz, myśliciel, drugi po Radziszewskim rektor i organizator KUL oraz gorący patriota.
AR: Kiedy Ojciec Profesor spotkał Ojca Jacka po raz pierwszy?
MAK: Zetknąłem się osobiście z nim w dniu wybuchu wojny w 1930 r. w Krakowie, przy furcie zakonnej. Ja - nowicjusz dominikański - zabezpieczałem (po przysposobieniu wojskowym i kursie przeciwlotniczo-gazowym) klasztor przy ulicy Stolarskiej 12 i jego piwnice, przeznaczone na schron przez ewentualnym gazem bojowym. Woroniecki miał wówczas lat 60 i nam, młodym, wydawał się czcigodnym starcem, tym bardziej, że w "Konstytucjach Zakonu Dominikanów" było napisane, iż 60-letni starcy winni być traktowani łagodnie w trudach codziennego życia. Później wrażenie dostojnej starości pogłębiło się, gdy zamieszkawszy w krakowskim klasztorze, o. Jacek ciągle chorował i zapuścił mlecznobiałą brodę, co przy gęstych, krótko ostrzyżonych, zupełnie siwych włosach, dawało obraz "patriarchy", oddalonego od wspólnoty zakonnej wskutek ciągłych różnych chorób, nieraz ciężkich jak uremia; Woroniecki miał swój specjalny "status" życiowy. Mimo to dawał klasztorowi rekolekcje - chyba najlepsze, jakie w życiu słyszałem - a nadto był naszym, kleryków, spowiednikiem roztropnym i mądrym.
AR: Jakim Ojciec Jacek Woroniecki był wychowawcą?
MAK: W czasie wojny i tuż po niej Woroniecki był kierownikiem studiów Instytutu Filozoficznego i Teologicznego oo. dominikanów w Krakowie. Jego szczególnym zamiłowaniem były wykłady z zakresu teologii moralnej. Do wykładów tych przygotowywał się niezwykłe starannie, mimo iż był naprawdę niezrównanym mistrzem dydaktyki i wybitnym znawcą swego przedmiotu, co uwidoczniało się w jego licznych publikacjach na ten temat i wreszcie znalazło swój wyraz w poważnej, trzytomowej monografii: Katolicka etyka wychowawcza. przygotowanej podczas mojego rektorowania i wydanej w całości przez Katolicki Uniwersytet Lubelski w roku 1986. (Przedtem cenzura nie pozwoliła na wydanie tomu trzeciego, analizującego zagadnienie sprawiedliwości). Pamiętałem o rozmowach z Karolem Wojtyłą, który ciągle mówił: "a szkoda, że nie ma tego całego" (czyli pełnego wydania), więc ja w ostatnim roku mojego rektorstwa zleciłem pracę redakcyjną nad "katolicką etyką wychowawczą, przeglądnąłem to i osobiście wręczyłem Papieżowi, z czego się bardzo ucieszył. Jest to jedyne w swoim rodzaju dzieło, które mówi o dydaktycznego stronie etyki katolickiej, gdzie ujawnia się moralność jako spełnianie dobra przez człowieka.
To był bardzo zrównoważony, spokojny człowiek, człowiek kontemplacji, modlitwy i studiów. Na wykład przychodził uśmiechnięty (mimo iż niekiedy wstawał prosto z łóżka), podniecony, wzbudzający zainteresowanie słuchacza. Obowiązującym podręcznikiem była Suma Teologiczna św. Tomasza z Akwinu, czytana i interpretowana w języku łacińskim. Językiem wykładowym o. Woronieckiego był zasadniczo język łaciński, przerywany często długimi dygresjami prowadzonymi w języku polskim, ilustrującymi omawiany problem moralny charakterystycznymi scenami z literatury polskiej (zwłaszcza Sienkiewicza, a także J. Weyssenhoffa), tudzież francuskiej i rosyjskiej. Stąd obok łaciny były obecne w czasie wykładów języki: francuski, rosyjski, włoski. Była wojna. Po niemiecku nie mówiono. W stosunku do Niemców przypomniał nam wypowiedź Juliusza Cezara z Commentarium de bello Gallico, cytowaną zresztą przez św. Tomasza w traktacie o prawie naturalnym w I0II q 94 a. 4, że apud Germanos latrocinium non censebatur esse iniguum - U Germanów zbójectwo nie uchodziło za coś złego. Było to wymowne przypomnienie o trwałości obyczajów. Na wykładach bardzo często byli cytowaniu wielcy pisarze rosyjscy: Dostojewski, Gogol, Tołstoj, i to w języku oryginalnym, dobrze znanym Woronieckiemu, gdyż służył w wojsku carskim.
Pamiętam jak Ojciec Profesor opowiadał kiedyś, że uczył kleryków dominikańskich szabli. Woroniecki był przecież wojskowym, oficerem armii carskiej. W lejbgwardii służyli synowie wysokiej arystokracji i wzrostu wysokiego, powyżej 1,80 m. Nawet - pamiętam, w formie żartu demonstrował nam na rekreacji podstawowe cięcia szablą.
AR: Jak wykładał?
MAK: Widać było, że wykładowca czuje się w literaturze europejskiej jak w domu i dobrze była mu znana przestrzeń historyczna Europy od starożytnej Grecji i Rzymu po sprawy współczesne. Zagadnienia moralne,ilustrowane historią i literaturą polską i europejską, stawały się interesujące, zrozumiałe i bardzo aktualne. Wyłaniał się z nich ciągle żywy człowiek z tą samą ludzką naturą przeżywającą wojny perskie, punickie, niemiecko-polskie w średniowieczu i współcześnie. Żywy wykład starał się przy końcu godziny streścić i ująć krótko jego treść po łacinie i zazwyczaj w jakimś uzasadnieniu, w formie sylogistycznej, co - ku naszej uciesze nie zawsze mu sprawnie wychodziło. Dociekaliśmy, jaka to była forma sylogizmu i zdarzało się, że udawało się nam czasami odkryć - prócz terminu średniego - jeszcze jeden, czwarty termin... co niweczyło nawet sam argument... z formalnego punktu widzenia. Kiedyś odważyłem się nawet to mu powiedzieć na początku wykładu . Ojciec Woroniecki uśmiechnął się, pogładził po długiej brodzie i wypowiedział: a-ja-jaj - to może byś to wyraził poprawnie... co nie poszło gładko.
AR: Ojciec Profesor zetknął się z Ojcem Jackiem w czasie wojny. Czy Ojciec Woroniecki wypowiadał się na temat ewentualnej przyszłości Polski, perspektyw rozwoju narodu?
MAK: Woroniecki bardzo przeżywał wydarzenia wojenne. Był optymistą: wiedział, że Niemcy muszą przegrać wojnę. Mówił, że nadchodzi czas na słowiańską Europę i w tej słowiańskiej erze Europy widział poważna rolę Polski i polskiej kultury, która - zgodnie z narodową tradycją - ma wnosić do Eurazji pierwiastki personalistycznej kultury. Był szczególnie wyczulony na duchowe potrzeby Rosji. Zresztą założył dominikańskie zgromadzenie zakonne żeńskie - ss. dominikanki misjonarski z Zielonek k. Warszawy - dla katechizacji i apostołowania Rosji. Mówił nam, że czeka nas jeszcze praca apostolska na szerokich terenach Rosji, gdyż tam ludzie czekają na Ewangelię.
Jeszcze w czasie trwania wojny kontaktował się z biskupami śląskimi i mówił nam o odzyskaniu całego Śląska z Wrocławiem i Głogowem. Przewidywał, że po wojnie Śląsk stanie się jakimś głównym zarzewiem polskości. Zwracał uwagę, że prawie 1000-letni Drang nach Osten trzeba po wygranej wojnie zawrócić do jego terytorialnych źródeł. Nie przewidywał tego, co się stało, przynajmniej nie mówił o tym. Jałty nie przewidywał. A zasadniczy wzrok kierował ku przyszłości słowiańszczyzny. która bez mocnej obecności kultury personalistycznej, zachodniej będzie zagrażać światu. Powtarzał, że przychodzi czas na narody słowiańskie i Wschód, która mają dać nowe tchnienie dla Europy. Doktryny polityczne były zmakiawelizowane na Zachodzie. Wschód był jeszcze otwarty na te rzeczy. Woroniecki mówił, że polityka musi być nacechowana moralnością, że oderwanie polityki od moralności kończy się zbrodnią polityczną . Naszym zadaniem ma być przekazywanie pierwiastków kultury personalistycznej do Rosji i ludów pobratymczych dla dobra tych właśnie ludów i dla naszego własnego "interesu". Chyba to jest nadal aktualne.
Oprac. za: M. A. Krąpiec, Wspomnienia o Jacku Woronieckim, w: U źródeł tożsamości kultury europejskiej, red. T. Rakowski, Lublin 1994, s. 156-158.
Bloger: znalezione w biuletynie Instytutu Edukacji Narodowej, "Służyć prawdzie", nr 9/2005.
16 października 2010
WNP - rozdział I - legenda - Saga I
Delikatny świt zastał na polanie, niedaleko jakichś wiosek, nieprzytomnego Camilo. Ten jego błogi sen mógłby zapewne trwać długo, gdyby nie narastający szum oraz niedogodności przyrody, tj. wpełzające pod koszulę owady (mrówki etc.). Choć ciężko i mozolnie - młody chłopak w końcu się przebudził, powoli strzepując siebie nieproszonych gości i próbując dojść do tego "co, jak i gdzie". Co do szumu - byli to rolnicy tradycyjnie rozpoczynający swój dzień pracy parę metrów dalej. Jeden z nich nawet zwrócił uwagę na naszego bohatera, lecz stwierdził, iż ktoś po prostu postanowił sobie uciąć drzemkę po hucznej zabawie.
Lekko wciąż zamroczony Camilo podszedł do rolników i próbował dowiedzieć się, gdzie jest i co się dzieje. (O dziwo on i oni mówili w tym samym języku) Uzyskawszy informacje, iż znajduje się w Regnalii - Tysiącletnim królestwie Morza i Gór.. (oryginalny nazwa jest zbyt długa) - poszedł dalej, w stronę miasta. Niestety, na pytanie o najbliższe lotnisko lub chociaż nazwę kontynentu, na którym się znajduje, usłyszał tylko drwiny i śmiech (popadający przez chwilę w pogardę - cóż, najwyraźniej owi wieśniacy nawet nie słyszeli o samolotach i lotniskach i innych dziwach XX-wiecznej cywilizacji technologicznej, a może raczej "Ziemskiej cywilizacji"?). Tak, idąc drogą - która stopniowo przechodziła w typową drogę miejską; z błota w kamienne posadzki, choć zdecydowanie nieprzystosowane do pojazdów silnikowo-parowych - uprzytamniał sobie, skąd się "tu" wziął. I znów powróciły wtem do niego rozterki moralne (gdyż zaznaczyć trza, iż chłopak nie był jakimś egoisto-hedonistą i miał zawsze wysokie poczucie sprawiedliwości): -Ta nieznana kobieta poświęciła się dla mnie.. poświęciła życie?, O co tu chodzi? Mam dla niej dług, ale jak miałbym się jej odwdzięczyć.. etc.
Tak zamyślony nad swoją sytuacją, nie zbaczał na gapie przechodniów, których mijał, a których przyciągały wielce jego dziwne szaty (spodnie dżinsowe, koszula w kratę szkocką.. i trampki); nie zauważył także, iż ktoś patrzył na niego z dachu okolicznej, wyższej chaty. Nowi przyjaciele, czy kolejni wrogowie?
Tymi bacznymi obserwatorami okazały się być jakieś rzezimieszki, których twarz nie była nawet skażona myślą, a maniery nie dorastały świniom do.. kopyt (?). Zatrzymali dosyć brutalnie Camilo - scena klasyczna, dwóch byczków vs. jeden "frajer"; cel pieniądze, rzeczy osobiste, godność (wszystkie środki dozwolone) - ponieważ chłopak nie miał nic prócz tego ostatniego, zaczęło się "epitetowanie" i żarciki połączone z popychaniem. Camilo próbował stawiać opór, lecz bez większej efektywności, gdyż po chwili z dwóch byczków zrobiło się przynajmniej dziesięciu, a na dodatek każdy z nich było uzbrojony .. w miecze, noże, maczugi. Jednak i to nie powstrzymało Camilo, który wciąż próbował się bronić i nawet udało mu się obezwładnić jednego z łotrów. Niestety, wtedy jeden z nich chwycił w rękę miecz. Już miał zadać brutalny cios, gdy tuż przed jego oczyma pojawił się - jakby znikąd - jakiś mężczyzna, który chwyciwszy łotra za rękę, pięknym stylem mistrza walk wschodnich, powalił go na ziemie. Camilo chciał mu podziękować, jednak wtem, rozwścieczona banda zaczęła natarcie. Aczkolwiek tajemniczy wojownik - o dziwo, niewiele sobie z tego robił, choć był od nich znacznie niższy i raczej z budowy ciała słabszy. Była to dla Camilo lekcja, aby nie oceniać książek tylko po ich okładkach. Ponieważ obrońca przewalał, powalał, obezwładniał i zadawał ciosy tak dokładnie i skutecznie, iż po kilku sekundach cała zgraja leżała na ziemi prawie bez ruchu. (Przypomnę tylko Czytelnikowi, iż on był NIEUZBROJONY, tzn. nie posiadał żadnej innej broni niż swoja własne dłonie - i czasem nogi). Czarnowłosy przybysz, odziany w ciemnozieloną pelerynę do kostek, odwrócił się w stronę chłopaka, popatrzył na niego przez chwilę i uśmiechnąwszy się powiedział: -Hej, wyglądasz nietutejszo; Lekko oszołomiony Camilo odparł z małym opóźnieniem: -A tak.. możliwe.. ale, dzięki .. za pomoc; Na to niski przybysz z długim nosem a'la pinokio i zmrużony, lekko oczami, tak jakby uśmiech był dla niego miną powszednią, odpowiedział: -A, to!? To nic, nie musisz mi dziękować. Ale lepiej chodźmy w bezpieczniejsze miejsce; nie wiem, czy wiesz, ale to niezbyt przyjemna dzielnica. Otrzepujący się z kolan Camilo tylko kiwnął głową na zgodę. Po drodze do najbliższej gospody, do której zmierzali, gdyż karzełkowaty nieznajomy był nie tylko bardzo heroiczny, ale także gościnny, okazało się, iż nowy sprzymierzeniec Camilo nazywa się Mario i jest uczniem Wielkiego i Czcigodnego mistrza Kampeóna, który prowadzi szkołę dla ochotników "pragnących służyć służbie sprawiedliwości".
Już na miejscu, przy skromnym acz sycącym posiłku, Camilo opowiedział Mariowi historię swojego przybycia do jego ojczyzny. Na co Mario przez moment zareagował milczeniem, po czym na jego twarzy pojawił się (niecodzienny uśmiech wyrażający jakby ekscytację połączoną ze zdziwieniem i ulgą). -Więc to Ty, tak - powiedział pół głosem. Po czym dopowiedział, żeby Camilo czym prędzej udał się z nim do jego mistrza. Po uiszczeniu zapłaty, udali się do domu Kampeona. W myślach Camilo pojawiały się różne obrazy; w pełni nie wierzył on w żaden z nich, jednak nieustające pragnienie prawdy i przygód, skłoniło chłopaka do zaufania nowemu znajomemu.. przynajmniej częściowo.
Okazało się, iż dom Kampeona znajduje się parę godzin pieszej wędrówki, wysoko w górach; droga naszych bohaterów obfitowała w typowo piękne, górskie krajobrazy, w trakcie, których podziwiania, dwaj wędrownicy zaczęli się nawet lubić; wymieniali informacje o sobie, uczyli się historii swoich ojczyzn.. i choć można było zauważyć pomiędzy nimi szczerą życzliwości i pewną otwartość, Mario milczał na temat najważniejszy, czyli sens obecności Camilo w Regnalii.
W mniej więcej tym samym czasie; w tych samych górach, które zamieszkiwał mistrz Maria, lecz we znacznie mniej przyjemnym, urokliwym i dostępnym miejscu, znajoma postać podążała w stronę pewnej jaskini. Był to demoniczny napastnik z rodzinnego miasta Camilo. Lecz tym razem jego celem była.. jakaś tablica z różnymi dziwnymi symbolami znajdująca się na samym końcu tunelu jaskini. Zbliżywszy się do niego, uklęknął na jedno kolano i powiedział: -Wybacz panie, zawiodłem Cię w mej misji schwytania "wybranego". Lecz nie zawiodę Cię ponownie!
Owa płaskorzeźba była grobem, w którym spoczywał zapieczętowany demon Vamcambiarmo..!!!
Lekko wciąż zamroczony Camilo podszedł do rolników i próbował dowiedzieć się, gdzie jest i co się dzieje. (O dziwo on i oni mówili w tym samym języku) Uzyskawszy informacje, iż znajduje się w Regnalii - Tysiącletnim królestwie Morza i Gór.. (oryginalny nazwa jest zbyt długa) - poszedł dalej, w stronę miasta. Niestety, na pytanie o najbliższe lotnisko lub chociaż nazwę kontynentu, na którym się znajduje, usłyszał tylko drwiny i śmiech (popadający przez chwilę w pogardę - cóż, najwyraźniej owi wieśniacy nawet nie słyszeli o samolotach i lotniskach i innych dziwach XX-wiecznej cywilizacji technologicznej, a może raczej "Ziemskiej cywilizacji"?). Tak, idąc drogą - która stopniowo przechodziła w typową drogę miejską; z błota w kamienne posadzki, choć zdecydowanie nieprzystosowane do pojazdów silnikowo-parowych - uprzytamniał sobie, skąd się "tu" wziął. I znów powróciły wtem do niego rozterki moralne (gdyż zaznaczyć trza, iż chłopak nie był jakimś egoisto-hedonistą i miał zawsze wysokie poczucie sprawiedliwości): -Ta nieznana kobieta poświęciła się dla mnie.. poświęciła życie?, O co tu chodzi? Mam dla niej dług, ale jak miałbym się jej odwdzięczyć.. etc.
Tak zamyślony nad swoją sytuacją, nie zbaczał na gapie przechodniów, których mijał, a których przyciągały wielce jego dziwne szaty (spodnie dżinsowe, koszula w kratę szkocką.. i trampki); nie zauważył także, iż ktoś patrzył na niego z dachu okolicznej, wyższej chaty. Nowi przyjaciele, czy kolejni wrogowie?
Tymi bacznymi obserwatorami okazały się być jakieś rzezimieszki, których twarz nie była nawet skażona myślą, a maniery nie dorastały świniom do.. kopyt (?). Zatrzymali dosyć brutalnie Camilo - scena klasyczna, dwóch byczków vs. jeden "frajer"; cel pieniądze, rzeczy osobiste, godność (wszystkie środki dozwolone) - ponieważ chłopak nie miał nic prócz tego ostatniego, zaczęło się "epitetowanie" i żarciki połączone z popychaniem. Camilo próbował stawiać opór, lecz bez większej efektywności, gdyż po chwili z dwóch byczków zrobiło się przynajmniej dziesięciu, a na dodatek każdy z nich było uzbrojony .. w miecze, noże, maczugi. Jednak i to nie powstrzymało Camilo, który wciąż próbował się bronić i nawet udało mu się obezwładnić jednego z łotrów. Niestety, wtedy jeden z nich chwycił w rękę miecz. Już miał zadać brutalny cios, gdy tuż przed jego oczyma pojawił się - jakby znikąd - jakiś mężczyzna, który chwyciwszy łotra za rękę, pięknym stylem mistrza walk wschodnich, powalił go na ziemie. Camilo chciał mu podziękować, jednak wtem, rozwścieczona banda zaczęła natarcie. Aczkolwiek tajemniczy wojownik - o dziwo, niewiele sobie z tego robił, choć był od nich znacznie niższy i raczej z budowy ciała słabszy. Była to dla Camilo lekcja, aby nie oceniać książek tylko po ich okładkach. Ponieważ obrońca przewalał, powalał, obezwładniał i zadawał ciosy tak dokładnie i skutecznie, iż po kilku sekundach cała zgraja leżała na ziemi prawie bez ruchu. (Przypomnę tylko Czytelnikowi, iż on był NIEUZBROJONY, tzn. nie posiadał żadnej innej broni niż swoja własne dłonie - i czasem nogi). Czarnowłosy przybysz, odziany w ciemnozieloną pelerynę do kostek, odwrócił się w stronę chłopaka, popatrzył na niego przez chwilę i uśmiechnąwszy się powiedział: -Hej, wyglądasz nietutejszo; Lekko oszołomiony Camilo odparł z małym opóźnieniem: -A tak.. możliwe.. ale, dzięki .. za pomoc; Na to niski przybysz z długim nosem a'la pinokio i zmrużony, lekko oczami, tak jakby uśmiech był dla niego miną powszednią, odpowiedział: -A, to!? To nic, nie musisz mi dziękować. Ale lepiej chodźmy w bezpieczniejsze miejsce; nie wiem, czy wiesz, ale to niezbyt przyjemna dzielnica. Otrzepujący się z kolan Camilo tylko kiwnął głową na zgodę. Po drodze do najbliższej gospody, do której zmierzali, gdyż karzełkowaty nieznajomy był nie tylko bardzo heroiczny, ale także gościnny, okazało się, iż nowy sprzymierzeniec Camilo nazywa się Mario i jest uczniem Wielkiego i Czcigodnego mistrza Kampeóna, który prowadzi szkołę dla ochotników "pragnących służyć służbie sprawiedliwości".
Już na miejscu, przy skromnym acz sycącym posiłku, Camilo opowiedział Mariowi historię swojego przybycia do jego ojczyzny. Na co Mario przez moment zareagował milczeniem, po czym na jego twarzy pojawił się (niecodzienny uśmiech wyrażający jakby ekscytację połączoną ze zdziwieniem i ulgą). -Więc to Ty, tak - powiedział pół głosem. Po czym dopowiedział, żeby Camilo czym prędzej udał się z nim do jego mistrza. Po uiszczeniu zapłaty, udali się do domu Kampeona. W myślach Camilo pojawiały się różne obrazy; w pełni nie wierzył on w żaden z nich, jednak nieustające pragnienie prawdy i przygód, skłoniło chłopaka do zaufania nowemu znajomemu.. przynajmniej częściowo.
Okazało się, iż dom Kampeona znajduje się parę godzin pieszej wędrówki, wysoko w górach; droga naszych bohaterów obfitowała w typowo piękne, górskie krajobrazy, w trakcie, których podziwiania, dwaj wędrownicy zaczęli się nawet lubić; wymieniali informacje o sobie, uczyli się historii swoich ojczyzn.. i choć można było zauważyć pomiędzy nimi szczerą życzliwości i pewną otwartość, Mario milczał na temat najważniejszy, czyli sens obecności Camilo w Regnalii.
W mniej więcej tym samym czasie; w tych samych górach, które zamieszkiwał mistrz Maria, lecz we znacznie mniej przyjemnym, urokliwym i dostępnym miejscu, znajoma postać podążała w stronę pewnej jaskini. Był to demoniczny napastnik z rodzinnego miasta Camilo. Lecz tym razem jego celem była.. jakaś tablica z różnymi dziwnymi symbolami znajdująca się na samym końcu tunelu jaskini. Zbliżywszy się do niego, uklęknął na jedno kolano i powiedział: -Wybacz panie, zawiodłem Cię w mej misji schwytania "wybranego". Lecz nie zawiodę Cię ponownie!
Owa płaskorzeźba była grobem, w którym spoczywał zapieczętowany demon Vamcambiarmo..!!!
15 października 2010
...
"Sens istnienia"
Za oknami świat szary jak mgła
powita dziś świt bezmiarem chmur.
Zwolna powstaje myśl butna, zła,
by rozerwać nić życiowych ról,
jak pereł sznur.
Wezbrany potok perlistych łez
nie spłynie falą srebrzystych lśnień;
Myśl rozbiegana ku niwom mknie,
chwytając echo słowiczych pień -
na nowy dzień.
Gdy świt zapłonie blaskiem zórz,
ożywi ducha dla nowych prób;
rozpędzi gromy - zwiastuny burz;
nastanie czas by podjąć trud
niszczenia złud.
A kiedy wśród mglistych obłoków
wicher porozmiata wspomnienia,
powstanie czający się w mroku
niepokój ludzkiego zwątpienia
w sens istnienia.
Za umilenie czasu odrobiną liryki, możemy podziękować p. Jadwidze Michałowskiej.
Za oknami świat szary jak mgła
powita dziś świt bezmiarem chmur.
Zwolna powstaje myśl butna, zła,
by rozerwać nić życiowych ról,
jak pereł sznur.
Wezbrany potok perlistych łez
nie spłynie falą srebrzystych lśnień;
Myśl rozbiegana ku niwom mknie,
chwytając echo słowiczych pień -
na nowy dzień.
Gdy świt zapłonie blaskiem zórz,
ożywi ducha dla nowych prób;
rozpędzi gromy - zwiastuny burz;
nastanie czas by podjąć trud
niszczenia złud.
A kiedy wśród mglistych obłoków
wicher porozmiata wspomnienia,
powstanie czający się w mroku
niepokój ludzkiego zwątpienia
w sens istnienia.
Za umilenie czasu odrobiną liryki, możemy podziękować p. Jadwidze Michałowskiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)